poniedziałek, 29 maja 2017

Rozdział 10 - "Koniec matury"

"Pytasz, czy cię kocham. Nie, nie, nie. Absolutnie. Jesteś po prostu pierwszą myślą po przebudzeniu. I ostatnią przed snem.
I tymi wszystkimi pomiędzy przebudzeniem, a zaśnięciem"



Uśmiech zszedł z jego ust momentalnie. Popatrzył na nią, jakby do końca nie wierzył, że miała na tyle odwagi, by powiedzieć to głośno. 
Ale ona naprawdę to zrobiła. Złamała ich cichą umowę o niepowracaniu do tamtej nocy. Za każdym razem, gdy sobie to przypominał, czuł ogromne zażenowanie. Nie powinien był sobie na to pozwolić. Krótka chwila zapomnienia, której ofiarą padła ona, a teraz naprawdę powiedziała to na głos.
Stali przez chwilę w milczeniu patrząc na siebie i żadne nie miało na tyle odwagi, by odejść, a tym bardziej, by się odezwać. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta, a on dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że w tym momencie powinien odpowiedzieć jakąś ciętą ripostą, która zamknęłaby jej buzię na długi czas, jednak - choć myślał intensywnie - nie był w stanie wymyślić nic wystarczająco dobrego. Zamiast tego po prostu stał i gapił się na nią i choć dobrze wiedział, że jego ego właśnie upadło z wielkim hukiem na podłogę, to po prostu nie był w stanie odwrócić wzroku. 
To ona odpuściła pierwsza. Chyba była gotowa na to, że od razu zaatakuje ją jakimś nieprzyjemnym komentarzem i teraz - lekko zdezorientowana - opuściła wzrok. Zabrała z podłogi list, który wypadł jej z dłoni i skierowała się bez słowa w stronę swojej sypialni. 

***

 Była pierwsza w nocy, gdy usłyszała w końcu trzask zamykanych drzwi. Dla pewności odczekała chwilę, po czym powoli wyjrzała ze swojej sypialni i mimowolnie skarciła się za to w myślach. Przecież miała takie samo prawo korzystać z kuchni, jak i on, jednak już wcześniej doszła do wniosku, że nie ma najmniejszej ochoty na niego patrzeć. Po cichu podeszła do ekspresu i nalała sobie kawy. Przez chwilę nasłuchiwała w ciszy, czy aby na pewno Malfoy opuścił mieszkanie, po czym ruszyła w stronę balkonu. 
 Noc była wyjątkowo ciepła. Usiadła w wiklinowym fotelu i postanowiła sobie w końcu uporządkować myśli. Po kłótni z blondynem ciągle targały nią sprzeczne emocje i poczuła się lepiej dopiero, gdy odetchnęła świeżym powietrzem. W myślach przeklinała dzień, w którym zdecydowała się na ucieczkę z Malfoyem. Wiedziała, że to może i uratowało jej życie, ale równocześnie zafundowało największe upokorzenie. Większe niż sześć długich lat słuchania jego obelg. W szkole miała przyjaciół, którzy zawsze stawali w jej obronie. Tutaj nie miała kompletnie nikogo i to jeszcze bardziej pogłębiało jej negatywne odczucia. Przez chwilę przemknęła jej nawet myśl o ucieczce; jednak nawet nie wiedziała, gdzie miałaby szukać swoich bliskich. Postanowiła na razie zostać tutaj i czekać na rozwój sytuacji. 
 Wyjęła jeszcze raz list i przeczytała go. Znała jego treść już niemal na pamięć, ale za każdym razem nie potrafiła dostrzec tego, co powinna. Skoro Malfoy znał ten szyfr to ona powinna się chociaż trochę domyśleć. Z każdą minutą jednak nie przychodził jej żaden nowy pomysł, za to była coraz bardziej rozdrażniona, jak zawsze, gdy coś nie szło po jej myśli. Po kolejnych kilku próbach odłożyła list zdenerwowana i próbowała uspokoić oddech. Myśl, że Malfoy wiedział coś więcej od niej, była niesamowicie irytująca. Postanowiła jednak odłożyć to na kolejny dzień, gdy już trochę się uspokoi i przestanie myśleć o kłótni z blondynem. 
 Wzięła głęboki oddech i poczuła chwilowe ukojenie, gdy do jej nozdrzy dotarł zapach oceanu. Porto było pięknym miejscem, jednak z oczywistych powodów nie potrafiła tego docenić tak, jak należało. W mieszkaniu na przeciwko otwarły się drzwi balkonowe i Hermiona zobaczyła młodą kobietę. Stała przez chwilę nieruchomo z uśmiechem wpatrując się w gwiazdy i ewidentnie delektując się delikatną bryzą. Po chwili drzwi znów się otworzyły i do kobiety dołączył mężczyzna. Okrył jej ramiona kocem, po czym wręczył kubek z dymiącą zawartością. Czułym gestem przyciągnął ją do siebie i przez chwilę trwali w tej pozycji, wspólnie oglądając niebo, a Hermiona patrzyła na to wszystko z nieopisaną dozą smutku i zazdrości. Westchnęła cicho i musiała w końcu przed samą sobą przyznać, że jeszcze przez długi czas nie zobaczy przyjaciół. Na początku cicho liczyła na to, że sytuacja jakoś sama się rozwiąże, że znajdzie właściwie wyjście. Teraz jednak wiedziała, że do końca wojny jest skazana na towarzystwo ślizgona. 
 Usłyszała trzask drzwi wejściowych i mimowolnie podskoczyła na fotelu. Nie bardzo wiedząc, co ma zrobić, skuliła się i zacisnęła mocniej dłonie na kubku z kawą. Słyszała, jak blondyn zapalił światło i krząta się chwilę po kuchni. W duchu modliła się, żeby już sobie poszedł i dał jej w spokoju myśleć. Bo wbrew sobie panna Granger miała problemy z logicznym myśleniem, kiedy ten znajdował się w pobliżu. 
Światło zgasło i Hermiona już miała odetchnąć z ulgą, gdy usłyszała szarpnięcie za drzwi. Serce zaczęło bić jej jak oszalałe i patrzyła, jak Malfoy staje w progu i przez chwilę obserwuje parę z naprzeciwka. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z jej obecności, a ona nie bardzo wiedziała, co powinna w takiej sytuacji zrobić. W końcu zrobił krok do przodu i zobaczyła, że w jego dłoni również spoczywa kubek z kawą. Pewnie nawet by się uśmiechnęła, gdyby nie to, że w tym momencie nienawidziła go każdym kawałkiem swojego ciała. Draco stał przez chwilę bez ruchu, zamknął oczy i najwyraźniej również delektował się wiatrem znad oceanu. 
 Przez chwilę Hermiona zobaczyła zagubionego chłopca, który zbyt szybko musiał dorosnąć. Wbrew sobie nie potrafiła złościć się na niego w momencie, gdy wyglądał jak człowiek bezbronny i skrajnie nieszczęśliwy. Jego widok wzbudzał w dziewczynie emocje, do których ciężko było się jej przyznać. W końcu otworzył oczy i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że jest obserwowany. Prawie podskoczył, gdy odwrócił się w lewo i dostrzegł ją, siedzącą w fotelu. Trochę kawy wylało się z jego kubka. Próbował zamaskować w sobie zaskoczenie i przez sekundę w ciszy mierzyli się wzrokiem. 
Wcześniejsza złość przeszła jej tak samo gwałtownie, jak się pojawiła. Kompletnie nie rozumiała, co się działo w jej głowie, ale musiała przyznać, że blondyn ma coś w sobie. Kiedy tylko Draco przestawał się zachowywać w stosunku do niej jak wróg, jej niechęć ustępowała jak ręką odjął. 
 Jej serce przyspieszyło jeszcze bardziej - o ile to możliwe - kiedy otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Napięcie między nimi było niemalże namacalne. W końcu jednak opuścił wzrok, odwrócił się i bez słowa wyszedł. 
 Hermiona poczuła się, jakby ktoś wylał na nią wiadro zimniej wody. Wzięła głęboki oddech, który wcześniej z niewiadomych powodów wstrzymywała i pokręciła głową z niedowierzaniem nad własną głupotą i z goryczą pomyślała, że usta zamykają się zawsze wtedy, gdy mają coś ważnego do powiedzenia.

***

 Poczuła przyjemne ciepło najpierw na twarzy, później stopniowo na reszcie ciała. Pokręciła nosem, gdy poczuła irytującą muchę w pobliżu i w końcu otworzyła zaspane oczy. Przez chwilę nie wiedziała, gdzie się znajduje. Przetarła twarz dłońmi i podniosła się. Poczuła, że jej ciało bardzo ucierpiało na nocy spędzonej w fotelu i wyciągnęła dłonie ku górze, by się rozprostować. Usłyszała jak coś cicho osunęło się z jej ud i zobaczyła puchaty koc, który zawsze leżał złożony na kanapie w salonie. Podniosła go i przez chwilę myślała nad czymś intensywnie. Nie przypominała sobie, żeby zabierała go ze sobą poprzedniej nocy i była niemal pewna, że nie było go tu, gdy Malfoy wszedł na balkon. W jej głowie pojawiło się tylko jedno racjonalne wytłumaczenie, jednak bardzo szybko go odrzuciła. Niby dlaczego miałoby mu zależeć, żeby nie zmarzła w nocy? Pokręciła głową i przez chwilę wpatrywała się we wschodzące słońce. 
- Jesteś taka naiwna, Granger... - powiedziała cicho do siebie i aż miała ochotę się roześmiać. Malfoy przykrywający ją kocem. Dobre żarty. Mimo wszystko poczuła dziwne ciepło na sercu, gdy sobie to wyobraziła, za co od razu skarciła się w myślach.
 Wróciła do mieszkania, co chwilę przeciągając się i ziewając na zmianę. Spanie w fotelu nie było najlepszym pomysłem. Wzięła szybki prysznic, zrobiła sobie mocną kawę i zjadła śniadanie. Starała się wypierać z myśli wydarzenia z poprzedniego wieczoru, jednak za każdym razem jej wzrok padał na zamknięte drzwi jego sypialni i wiedziała, że jej wysiłki na nic się zdadzą. Ubrała wytarte dżinsy, luźny sweter, spakowała do swojej torby pierwszą lepszą książkę z ich małej mugolskiej biblioteczki i czym prędzej opuściła mieszkanie. 
 Ulice Porto budziły się powoli do życia, jednak niewielu ludzi spotkała. Przeszła obok boiska, zastanawiając się, czy powinna skorzystać z propozycji Alberto i od razu pomyślała o reakcji Malfoya. Do wieczora jednak zostało jej wiele czasu i obiecała sobie, że przemyśli tę opcję. Przebywanie w towarzystwie kogoś, kto nie był wiecznie naburmuszony było nawet miłą odmianą i Hermiona pomyślała, że w końcu od życia coś jej się należy. 
Skręciła w znaną już jej ulicę R. do Ouro i ruszyła pewnie w prawo. Wiedziała, że do oceanu miała jakieś dwie mile ale pomyślała, że taki poranny spacer wzdłuż rzeki dobrze jej zrobi. Kolorowe kamienice, które tak jej się podobały powoli zaczęły zamieniać się w nowe, jednorodzinne domy. Chodnik stawał się szerszy proporcjonalnie do szerokości rzeki po jej lewej stronie, a Hermiona nie mogła się napatrzeć. Taki klimat odpowiadał jej o wiele bardziej niż wiecznie szary i smutny Londyn. 
Pomimo wczesnej pory słońce grzało coraz mocniej i z każdym krokiem dostrzegała coraz więcej małych łodzi na rzece. Piekarnie tętniły już życiem, zapraszając ludzi swoim zapachem. Uśmiechnęła się lekko i uczepiła się myśli, że wojna skończy się już niedługo i powróci tutaj ze swoimi przyjaciółmi. Musiała pokazać im to piękne miejsce. Ronowi pewnie spodobałaby się wizja restauracji na każdym kroku. Jej uśmiech się pogłębił na wspomnienie Weasleya opychającego się na każdej z uczt w Hogwarcie. Wtedy ją to bardzo irytowało, teraz jednak oddałaby wszystko, żeby te wspomnienia stały się rzeczywistością. 
 Kilkanaście minut później dotarła do swojego ulubionego miejsca. Ściągnęła buty, chcąc poczuć pod stopami drobne kamyczki i ruszyła w stronę wody. Nigdy w życiu nie przypuszczałaby, że widok oceanu będzie działał na nią tak wyjątkowo kojąco. Zamknęła na chwilę oczy, oddychając głęboko, po czym usiadła na jednej ze skał i wyciągnęła książę. 
Już miała zacząć czytać, gdy zobaczyła dziwną przerwę między kartkami. Zmarszczyła brwi, jednak już po sekundzie dotarło do niej, co zawiera w sobie niepozorne "Spotkanie z wrogiem". Wyjęła kopertę, która tak jak poprzednio zaadresowana była do Tamary i Geralda. 


drodzy tamaro i gerladzie

Eskimosi ZMierzają na południe, wnioskuję więc nagłY przypływ cIepła Rodzice. pytają jak się Macie I czy niczego waM nIe brakuje mamY ładną pogodę KtóregoŚ dnIa wybierzemy się Nad jezioro bo Coraz cieplej się już robi W tej naSzej wiosce Nathalie przesyŁa Całusy. Pamiętacie Kota Tej sąsiadki Która Ciągle wYmyślała mu Zabawne ImioNa niestety Odszedł mIał chyba sto lat przejĄŁem się tym bo lubIłem Na niego Czasem patrzeć W ogRodziE bo śmiesznie cHodził inaczej niż nasz Roger aLe poszedłeM na pogrzeb nie da się opisać Jak ona płakała było to smutnE ale Nie przejmujCie Się Na pewno sobie poradzi

ściskam was mocno i Czekam na wieści
samuel smith
ko ni ec ma tu ry


- Koniec matury? - powtórzyła. Miała wrażenie, że ten list jest jeszcze bardziej zagmatwany niż poprzedni. Co mają do ich sytuacji Eskimosi i od kiedy oni w ogóle wyruszają na południe? Pokręciła głową i za wszelką cenę próbowała coś wymyślić, jednak pogrzeb kota sąsiadki nie podsuwał jej absolutnie żadnych pomysłów. Z rozdrażnieniem włożyła list z powrotem, trochę żałując że jest z Malfoyem w konflikcie. On z pewnością wiedział, o co chodzi. 
Szum fal trochę ukoił jej nerwy i postanowiła trochę odstresować się książką. 

***

 Boisko zawsze kojarzyło jej się ze stadionem Quidditcha, lub dużym mugolskim obiektem takim, jak był w Londynie. Z ogromnymi trybunami w kolorach danej drużyny, idealnie gładką murawą i wandalami, którzy nazywali siebie kibicami i w ramach swojej miłości do klubu niszczyli przystanki autobusowe. 
 Wczoraj nie zwróciła na to większej uwagi, ale teraz owo boisko przypominało jej bardziej takie przy mugolskich szkołach, gdzie dzieci uczą się grać w piłkę. Zlokalizowane było między kamienicami, a miejsca było tak mało, jakby ktoś na siłę próbował je tam upchać. Składało się z zielonego prostokąta trawy z białymi liniami oraz kilkoma ławkami dokoła niego i małego budynku szatni. Białe bramki błyszczały w słońcu, a siatki powiewały przez wiatr. 
 Usiadła na jednej z ławek, próbując dostrzec gdzieś znajomego, jednak idący tłum skutecznie jej to uniemożliwił. Swoją drogą zastanawiała się, gdzie ci wszyscy ludzie się pomieszczą i dlaczego jest ich aż tak wielu, skoro nie jest to drużyna z wysokiej ligii. Pomimo to miała wrażenie, że kibice powoli zajmują każdą możliwą powierzchnię poza liniami boiska. Mniej więcej połowa z nich miała bluzki lub różne gadżety w kolorze czerwono-niebieskim, a reszta w kolorze zielono-żółtym. 
 Miejsce obok niej nadal było puste i przez chwilę Hermiona zastanowiła się, czy nie została właśnie wystawiona, a jeśli nawet nie - to czy Alberto znajdzie ją w tym tłumie.
- Cześć! - usłyszała za sobą i prawie podskoczyła. Przyzwyczaiła się do portugalskiego otaczającego ją z każdej strony i musiała przyznać, że sama się wystraszyła. Ze zdziwieniem popatrzyła na dziewczynę, mniej więcej dwudziestolatki, która dosiadła się do niej. 
W ręku trzymała chorągiewkę swojej drużyny, uśmiechała się szeroko, a brązowe oczy niemalże błyszczały - wydawałoby się - z podekscytowania. Po chwili odwróciła się w stronę Hermiony, najwyraźniej zdziwiona brakiem odpowiedzi i roześmiała się szczerze z jej miny.
- Och, wybacz brak taktu - wyciągnęła opaloną dłoń w jej stronę - Jestem Manuela, siostra Alberto. 
- Hermiona - powiedziała, nadal nie bardzo rozumiejąc sytuację. 
- Nie powiedział ci? - domyśliła się w końcu i znowu się roześmiała. - Kazał mi iść na boisko, znaleźć najładniejszą dziewczynę i dotrzymać jej towarzystwa na meczu. - wyjaśniła puszczając jej oczko.
- A on?
- Właśnie idzie - wskazała palcem w stronę murawy. - To nasza gwiazda - dodała ze śmiechem, a panna Granger odwróciła wzrok we wskazanym kierunku i faktycznie - zawodnicy akurat opuszczali szatnię i kierowali się w stronę środka boiska. - Jest kapitanem - powiedziała Manuela, a Hermiona przez chwilę miała wrażenie, że jest z brata bardzo dumna. 
Gra się zaczęła. Nie była to jednak byle jaka gra. Od pierwszego kopnięcia piłki kibice dosłownie zaczęli szaleć. Wszyscy obok niej skakali, skandowali głośno, często dało się też słyszeć niewybredne komentarze w stronę sędziego.
- Falta! - ryknął mężczyzna obok niej, rozlewając wkoło swoje piwo. 
- Jaki faul, o piłkę się potknął! - odezwała się od razu Manuela, ciągnąc za rękę w górę pannę Granger, która nie za bardzo wiedziała, co się dzieje. Oczywiście znała podstawowe zasady gry w piłkę nożną (poza legendarnym spalonym, który jakoś do niej nie przemawiał), jednak akcje toczyły się tak dynamicznie, że Hermiona miała problem nadążyć. 
Być może to przez blondyna ciągle nawiedzającego jej myśli nie potrafiła się skupić. Chyba obawiała się trochę jego reakcji, gdy wróci do mieszkania, choć teoretycznie nie powinno ją to obchodzić ani trochę. Tym bardziej po tym, jak okropnie ją wczoraj potraktował. Mimo wszystko nie potrafiła myśleć...
- GOL!!! - krzyczała Manuela skacząc i klaszcząc w dłonie. 
Połowa kibiców uniosła do góry swoje czerwono- niebieskie szaliki w geście triumfu. Hermiona skupiła się przez chwilę i faktycznie dostrzegła bramkarza wyciągającego piłkę ze swojej siatki. 
- Jest niesamowity - powiedziała dziewczyna, ocierając łzy wzruszenia i dalej klaszcząc, z czego wywnioskowała, że to Alberto strzelił bramkę dla swojej drużyny.

***

- Byłeś niesamowity! - usłyszała chyba po raz setny z ust Manueli, kiedy po meczu w końcu dołączył do nich jej brat. Większość kibiców już opuściła teren boiska, a one czekały, aż zawodnicy wezmą prysznic. 
- Muchas gracias - przytulił ją mocno.
- Moje gratulacje - Hermiona uśmiechnęła się, starając wyglądać jak najbardziej autentycznie. 
- Dziękuję - powiedział już po angielsku - I z okazji wygranej zapraszam senhoras bonitas do pubu. 
 Panna Granger z chęcią przytaknęła, bo jak na razie miała okazję zwiedzić tylko pobliskie piekarnie i kawiarenki, poza tym słyszała, że mugolskie piwo jest idealnym środkiem na odprężenie, a to dzisiaj należało jej się zdecydowanie. Ruszyli więc w stronę domniemanego baru, a Manuela nie przestawała trajkotać o każdej z akcji Alberto na murawie.
- Dość już gadania o tym, bo Hermiona się zanudzi - powiedział w końcu, gdy wchodzili do jednego z wielu lokali przy głównej ulicy Porto. Uśmiechnęła się tylko, nie bardzo wiedząc, co ma powiedzieć.
- Piłka to nie do końca twoja bajka, co? - zapytała dziewczyna.
- Chyba brakuje mi tego portugalskiego temperamentu - wyznała szczerze, gdy chłopak zaprowadził ich do stolika.
 Miejsce, w którym się znajdowali nie było do końca w jej typie. W niczym nie przypominało ono dobrego Pubu pod trzema miotłami w Hogsmead, do którego była przyzwyczajona. Nie miała w sumie okazji bywać w żadnych mugolskich barach, pomimo faktu, że z mugolskiej rodziny pochodziła. Zawsze uważała, że jest za młoda na takie atrakcje i wakacje raczej wolała spędzać z książkami. Teraz jednak czasy były przecież tak niepewne i nie wiedziała, czy kiedykolwiek nadarzy się jej podobna okazja. Poprosiła więc o niewinnie wyglądające "piwo z sokiem malinowym" i dała się wciągnąć Manueli w pogadankę na temat Londynu, podczas gdy Alberto poszedł po napoje.
- ... ja mieszkam teraz w Liverpoolu, dlatego tak dobrze mówię po angielsku - paplała bez końca, najwyraźniej niewiele robiąc sobie z tego, że Hermiona jedynie potakiwała głową - Tam mam studia, znajomych i ojca, ale czasem przyjeżdżam tutaj, do Porto, odwiedzić naszą matkę. A Ty czym się zajmujesz?
Panna Granger patrzyła na nią przez chwilę w milczeniu.
- Pracuję jako dziennikarka - powiedziała, mając nadzieję, że nie wpadnie. - Piszę artykuł o martwym sezonie nad Atlantykiem.
- Naprawdę? - Manuela wydawała się być naprawdę zainteresowana - Do jakiej gazety? Napiszesz o nas? Zawsze chciałam być sławna! Koniecznie muszę przeczytać, kiedy wrócę do Anglii!
- Myślę, że nazwa gazety ci nic nie powie. Dopiero wchodzimy na rynek, no i niestety na razie tylko na terenie Londynu, chociaż może kiedyś...
- Byłoby super! Ale obiecaj przynajmniej, że przyślesz mi jeden egzemplarz - poprosiła, a Hermiona uśmiechnęła się, choć bardziej wyglądała, jakby rozbolał ją ząb. - Alberto da ci mój adres.
- Manuela, nie męcz jej...
- Mój braciszek jak zawsze taki poprawny - uśmiechnęła się sarkastycznie, na co mężczyzna zgromił ją wzrokiem.
- Myślę, że to nie będzie problem - wtrąciła panna Granger, żeby zakończyć już tę dyskusję. Miała nadzieję, że to koniec wywiadu na temat jej życia.

***
Trzy piwa i talerz petiscos później.


- Hermiona, coś nie tak? - zagadnęła dziewczyna, na co ta spojrzała na nią rozbieganym wzrokiem i wzruszyła ramionami.
- Pierwszy raz się upiłam - wyznała, a Alberto i Manuela popatrzeli na siebie ze zdziwieniem.
- Źle się czujesz?
Pokręciła szybko głową i wsparła brodę na dłoni.
- Tylko trochę spać mi się chce - powiedziała po chwili i poczuła, że oczy powoli same się jej zamykają.
- No to koniec imprezy - zarządziła Manuela, wstając. - Odprowadzimy cię.
Hermiona westchnęła, głęboko się nad czymś zastanawiając.
- Będę mieć przechlapane - stwierdziła, pozwalając by ręce Alberto postawiły ją do pionu. Zarzucił sobie jej dłoń na ramię i skierowali się do wyjścia. - Draco mnie zabije.
- Kim jest Draco?
- Och, to mój... współpracownik - powiedziała po chwili namysłu.
- Też pisze artykuły? - zapytała dziewczyna z wyraźnym zainteresowaniem.
- Nie, on tylko... robi zdjęcia - wymyśliła, ciesząc się w duchu, że nie dała się namówić na kolejne piwo. Wtedy kłamstwa mogłyby nie przychodzić jej już z taką łatwością. Pomyślała sobie wtedy, że Portugalczycy są wyjątkowo wścibscy.
- Nie widziałem go wcześniej z tobą - powiedział Alberto.
- Pracujemy osobno. Nie przepadamy za sobą - przynajmniej tutaj nie musiała kłamać, chociaż jeśli miała być szczera, to raczej on nie przepadał za nią. 
 Oczywiście, że był irytujący, ciągle ją denerwował, wywyższał się i robił masę innych rzeczy przez które Hermiona śmiało mogła go znienawidzić. A jednak, z jakiegoś dziwnego powodu, nie potrafiła gniewać się na niego tak, jak powinna. Pomyślała, że to chyba dlatego, że już raz dostrzegła jego inną stronę i nie była w stanie teraz patrzeć na niego tak, jak kiedyś. Wiedziała przecież, że ten pocałunek nic dla niego nie znaczył (czego nie mogła powiedzieć o sobie) i nigdy więcej nic podobnego się nie wydarzy. Na szczęście, prawda? Mimowolnie jednak uśmiechnęła się, gdy różne wspomnienia zaczęły napływać do jej myśli. Uścisk jego dłoni, gdy skakali razem na pociąg; szczery śmiech, gdy mówiła mu o lotnisku Charlesa de Gaulla, czy w końcu jego chwila zapomnienia w domu Druelli. Nie było tych momentów wiele, jednak wpłynęły na nią ogromnie i dopiero teraz, gdy się upiła, zdała sobie z tego sprawę. Pomyślała o jego oczach, tak chłodnych i opanowanych, a w tych niewielu chwilach roześmianych z ciepłą barwą. Pomyślała o jego uśmiechu, ale nie tym ironicznym, tak często przez nią obserwowanym, tylko tym szczerym, który zdarzał się niezwykle rzadko. Pomyślała o jego głosie, kiedy mówił...
- Granger?
Poczuła, jak coś ją zatrzymuje. Nie wiedziała do końca, co się dzieje i musiała zamrugać kilka razy oczami, żeby obraz przestał być rozmazany. Zobaczyła Alberto po jednej stronie, który trzymał ją za rękę i Manuelę po drugiej. Oboje wpatrywali się w coś naprzeciwko i Hermiona również podążyła w tamtym kierunku. Z tego co zdążyła zauważyć, byli już pod ich kamienicą. Słońca zaszło chyba dawno, bo było widać dość dobrze gwiazdy... a może po prostu to jej się pojawiły z tego kręcenia w głowie. W każdym bądź razie było ciemno, doszli już na miejsce, a dokładnie przed nimi stał oparty o ścianę...
- Malfoy? - naprawdę powiedziała to na głos?
Uśmiechnął się jakoś tak... naturalnie i Hermiona zauważyła z irytacją, że Manuela automatycznie poprawiła włosy.
- Chyba czas na mnie - powiedziała, próbując brzmieć jak najbardziej poważnie, wyswobodziła się z uścisku dłoni i zrobiła kilka kroków do przodu, po czym zachwiała się niebezpiecznie, więc podparła się dłonią o ścianę.
- Wszystko dobrze - powiedziała szybko, nim ktokolwiek zdążył się odezwać.
- Może pomogę ci...? - zaczął Alberto, jednak inny głos mu przerwał.
- Zajmę się nią.
Dlaczego serce od razu zaczęło jej bić szybciej? I dlaczego on powiedział to w taki sposób? Spojrzała na niego zdziwiona, a ona uśmiechnął się jakoś tak... złośliwie?
Podszedł do niej i objął ją ręką, żeby mogła się podeprzeć. Serce przyspieszyło jej jeszcze bardziej i przez chwilę miała głupie wrażenie, że wszyscy usłyszą jego szalone kołatanie. Manuela odchrząknęła znacząco.
- Chyba powinniśmy już iść.
Alberto, który patrzył zdziwiony na tę scenę, rozumiejąc że to właśnie ten Draco, za którym podobno tak nie przepadała, odwrócił się w jej stronę i kiwnął głową.
- Kolejny raz w tym tygodniu wracasz pijana, doprawdy nie wiem już, co mam robić - westchnął blondyn teatralnie, obserwując reakcję jej znajomych.
- Ja wcale...
- Już nie udawaj takiej świętej - zganił ją i widać było, że znakomicie się bawił - Dzięki, że ją przyprowadziliście, raz musiałem ją szukać całą noc, po czym okazało się, że spała pod mostem z bezdomnymi, wyobrażacie sobie?
Alberto i Manuela stali bez słowa, patrząc na nich z niedowierzaniem.
- Ale ja...
- No już dobrze, Granger, wszyscy wiedzą, że lubisz sobie popić, ale naprawdę musisz uważać, bo znowu trafisz do ośrodka, a tego byś przecież nie chciała, prawda? - spojrzał na nią z udawaną opiekuńczością, a ona nie mogła zrobić nic jak tylko stać z otwartą buzią i niezrozumieniem w oczach.
Poczuła, jak momentalnie trzeźwieje, ale nie mogła wydusić z siebie ani słowa i sama nie wiedziała, czy spowodowane jest to absurdalnością zaistniałej sytuacji i zachowaniem Malfoya, czy usytuowaniem jego dłoni na jej talii.

***

Jestem, skończyłam i oddycham z ulgą. Czuję, że moja wena po maturze trochę odżyła i mam trochę inną koncepcję na to opowiadanie, niż wcześniej zakładałam, ale mam nadzieję, że wyjdzie fajnie. 
Jeśli dotrwaliście do tego miejsca (podziwiam, serio), to zostawcie po sobie jakiś ślad w postaci komentarza; moja wena wtedy naprawdę szaleje. :)
Pozdrawiam,
Nan 

czwartek, 18 maja 2017

Miniaturka nr. 2

"I nie kocham Cię wcale. Tylko moja dusza jakaś taka smutna, kiedy przechodzisz obok obojętnie"
~ K. K. Baczyński



Ile czasu już minęło? Prawie codziennie zadaję sobie to pytanie, a odpowiedź ciągle mi gdzieś umyka. Mam wrażenie, że wisi gdzieś w powietrzu, a ja nie potrafię jej dosięgnąć. Czy jest to zresztą takie ważne?
*
 Pamiętam tamten dzień dobrze; ciągle mam wrażenie, jakby to było wczoraj, choć przecież z pewnością minął już rok. Może i więcej. Był to kolejny zwykły dzień w Ministerstwie, a ja zobaczyłem ją kolejny raz. Dlaczego akurat wtedy mój wzrok zatrzymał się na jej sylwetce o chwilę dłużej niż zwykle? Spokojnym krokiem weszła do windy. Nie zdziwiła się na mój widok, w końcu codziennie przechodzimy ten sam rytuał. Ona wsiada na czwartym piętrze, przez sekundę mierzy mnie wzorkiem, po czym kiwa krótko głową na przywitanie. Nic zobowiązującego. Jesteśmy przecież dorosłymi ludźmi, którzy szkolne urazy powinni potrafić zostawić za sobą. Wiem jednak, że niektóre krzywdy są zbyt silne, a rany zbyt głębokie, by zdobyć się chociaż na krótkie dzień dobry. Nie mam jej tego za złe, każdy w jej sytuacji zachowałby się tak samo. 
 Bez słowa staje z samego przodu i przez kilka następnych pięter usilnie szuka czegoś w swojej aktówce. To tylko trzy minuty sam na sam w ciszy, jednak myślę, że to wystarcza, by dowiedzieć się czegoś o człowieku. 
 Wcześniej towarzyszył jej zawsze lekki uśmiech i coś takiego w oczach, że za każdym razem miałem ochotę ostentacyjnie wywrócić oczami. Nie miejcie mi tego za złe; ot, zwykła zgryźliwość starszego, samotnego człowieka. Jej perfumy gryzły mnie swoją intensywnością, nie dlatego, że mi się nie podobały. Po prostu ciężko było mi dopuścić do siebie myśl, że ktoś taki jak ona może tak przyjemnie pachnieć. Standardowo spódnica przed kolano, biała bluzka na guziki z kołnierzykiem i granatowa marynarka. Ministerialna klasyka. To wszystko jednak zniknęło wraz ze zniknięciem obrączki z jej palca. 
 Zauważyłem to niemalże od razu i myślę, że domyśliłbym się nawet bez obszernego artykułu w Proroku Codziennym na temat rozwodu jednej z najbardziej wpływowych par w całej Anglii. Ktoś postronny mógłby pomyśleć, że nie zmieniło jej to wcale. W końcu nie wzięła nawet dnia wolnego. Jak zawsze weszła do Ministerstwa pół godziny szybciej i nie zdradzała żadnych oznak tego, że w jej życiu ostatnio sporo się zmieniło. 
 Pierwszą rzeczą, jaką rzuciła mi się w oczy był brak tego irytującego uśmiechu. Punktualnie o ósmej piętnaście drzwi windy otworzyły się, a ja zdałem sobie sprawę z tego, że już od poprzedniego wieczora modliłem się, by i tym razem ona tam była, by nie zmieniła naszego rytuału. Nie zawiodłem się jednak. Patrzyłem, jak spokojnie wchodzi do windy, zerka na mnie przez sekundę i kiwa głową na powitanie. Uczyniłem to samo, jednak ona zdążyła się już odwrócić i nie mogła tego widzieć. Tak przecież było za każdym razem. Wziąłem głęboki oddech, by jak zwykle przez chwilę delektować się jej zapachem i niemalże od razu się skrzywiłem. 
- Zmieniłaś perfumy? - wymknęło się z moich ust, nim zdążyłem chociażby zebrać myśli. Niestety często zdarzało mi się powiedzieć coś, zanim się dobrze nad tym zastanowiłem. 
Obserwowałem jak jej ciało spina się na moment, a później jej sylwetka odwraca się w moją stronę. Uniosła wysoko brwi i chyba miała nadzieję, że się po prostu przesłyszała.
- Słucham? 
 Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem i mimowolnie zauważyłem cienie pod jej oczami. Chyba miała ciężką noc. Przez moment zastanowiłem się, czy odpowiedzieć, czy udawać idiotę. 
- Pytałem, czy zmieniłaś perfumy - powtórzyłem, starając się opanować głos w miarę możliwości. 
Zmierzyła mnie wzrokiem z góry na dół, jakby nadal nie mogła uwierzyć, że się do niej odezwałem. 
- Tak - odpowiedziała krótko, po czym odwróciła się, dając mi do zrozumienia, że nie ma najmniejszej ochoty prowadzić tej konwersacji. Wzruszyłem tylko ramionami i obiecałem sobie w duchu, że już nigdy w życiu się tak nie wygłupię. Miałem wrażenie, że kolejne trzy minuty były najdłuższym okresem w całym moim życiu i jestem pewien, że i ona odczuwała coś podobnego.
*
Nie wiem, dlaczego zaintrygowała mnie akurat w tamtym czasie. Wcześniej była dla mnie po prostu szlamą, kimś gorszym i oczywiście jednym z trzech elementów Drużyny Marzeń. Z czasem zmieniło się moje nastawienie na czystość krwi. I nie - z góry uprzedzam Wasze pytania - nie przeszedłem nagłej przemiany, olśnienia i Merlin wie czego tam jeszcze. Po prostu zauważyłem, że mania na tym punkcie jest zwyczajnie nieopłacalna. Zrobiłem to chyba również ze względu na Pottera; w końcu uratował mi tyłek po wojnie, więc postanowiłem z tej racji przestać nękać jego najlepszą przyjaciółkę. Tyle mogłem zrobić no i przynajmniej nie musiałem dzielić wspólnej celi z moim ojcem. Same korzyści.
*
Dlaczego poszedłem wtedy za nią po pracy? Do dzisiaj zadaję sobie to pytanie. Zwykła ciekawość, nuda, albo zainteresowanie jej osobą po tym, jak postanowiła odłączyć się od Złotej Trójcy. Nigdy w życiu nie przypuszczałbym, że zdolna jest ona do czegoś takiego. Jeszcze w szkole często można było usłyszeć o niej różne rzeczy, jednak wszyscy powtarzali, że jedno trzeba było jej przyznać - była inteligenta. Zazwyczaj na to stwierdzenie uśmiechałem się kpiąco i mówiłem, że zdolność pochłaniania książek wcale nie świadczy o inteligencji. I myślałem tak aż do tamtej pory. Do chwili, gdy dowiedziałem się o ich rozwodzie.
 Cały czarodziejski świat patrzył wtedy z wyczekiwaniem na każdy ich ruch, zachwycając się w gazetach nad ich wspaniałomyślnością. Ich ślub został okrzyknięty wydarzeniem roku i we wszystkich gazetach zapomnieli o całym świecie. Nawet przestałem prenumerować Proroka praktycznie na rok. Miało to również swoje plusy, bo w końcu przestały pojawiać się artykuły na temat jak to szlachetny Wybraniec łaskawie darował więzienie śmierciożercy, który był zamieszany w śmierć Dumbledore' a, a później aktywnie działał w ruchu Voldemorta. Oczywiście nikt nie wspomniał ani słowem, że to dzięki mojej matce Potter w ogóle przeżył i gdyby nie ona losy całego czarodziejskiego świata mogłyby teraz wyglądać zupełnie inaczej. Wracając jednak do tematu - był to środek tygodnia a ja zaintrygowany poszedłem za nią.
Byłem pewny, że mnie nie zauważyła, w przeszłości przecież wiele razy musiałem śledzić ludzi; miałem to dobrze opanowane. Po opuszczeniu Ministerstwa skręciła w lewo i pewnym krokiem ruszyła przed siebie. Wiedziałem, że jest zdenerwowana pomimo tego, że w pracy zachowywała się tak, jak zawsze. Po kilku minutach opuściliśmy czarodziejski Londyn i przez Dziurawy Kocioł dostaliśmy się do jego mugolskiej części. Przy wyjściu zatrzymała się przez chwilę, rozglądała na boki, po czym szybkim ruchem nasunęła kaptur kurtki na głowę i ruszyła w lewo. Wiedziałem, że uciekając do niemagicznej części miasta, uciekała ona przed wścibskimi fotografami Proroka i dziennikarzami, którzy nie mogli przepuścić okazji do zadania pytań na temat jej rozwodu.
Pamiętam, że pogoda w tamtym okresie niezbyt nas rozpieszczała. Była to jesień, deszcz był więc na porządku dziennym, ale to tylko ułatwiało mi zadanie.
 Zatrzymała się przed jakimś pubem, którego nazwy nie pamiętam. Przez okno widziałem, jak wchodzi i pewnym krokiem zmierza prosto do barku. Usiadła bezpośrednio przy nim i zamieniła kilka słów z barmanem, jakby dobrze się znali. Niewiele się zastanawiając, rzuciłem na siebie zaklęcie kameleona i otwarłem drzwi z impetem.
 Szybko wśliznąłem się do środka i usiadłem w ostatniej loży, z której miałem dobry widok na bar. W ciągu pół godziny zdążyła wypić kilka kieliszków jakiegoś mugolskiego specyfiku, ale ciągle trzymała się dobrze. Wydawało mi się, że zwierzała się barmanowi ze swoich problemów, a kilka razy miałem wrażenie, że zerkała w miejsce, gdzie siedziałem. W końcu też miałem okazję przekonać się, że jednak jest inteligentna.
*
Minęło kolejne pół godziny, a pub powoli zaczął się zapełniać. Trochę obawiałem się, że jakiś mugol w końcu będzie chciał usiąść na miejscu, które zajmowałem, więc zaklęciem sprawiłem, że drzwi znów otworzyły się z hukiem i gdy wszyscy popatrzyli w tamtą stronę, szybko zdjąłem z siebie zaklęcie kameleona i zasłoniłem się gazetą leżącą na stoliku. Był to dobry punkt obserwacyjny, ale niestety nie słyszałem, o czym rozmawiali. Po kolejnych dwudziestu minutach, zobaczyłem, jak schodzi ona z krzesła. Początkowo myślałem, że to koniec jej alkoholowych wojaży, jednak zamiast do drzwi ruszyła w przeciwległą stronę pubu. Pewnie były tam toalety. Zasłoniłem się więc na dłuższą chwilę, żeby nie zobaczyła mnie, gdy będzie wracać do baru. Siedziałem tak więc kilka dobrych minut, czytając o skandalicznym zachowaniu jakiejś mugolskiej gwiazdy na premierze filmowej tutaj, w Londynie. Po chwili uznałem, że musiała wrócić już na swoje miejsce i powoli spuściłem gazetę na wysokość ust. Możecie sobie wyobrazić moją minę, kiedy zorientowałem się, że siedzi ona w mojej loży, dokładnie naprzeciwko mnie i patrzy na mnie z lekkim rozbawieniem.
 Kompletnie nie wiedziałem, co zrobić, więc odłożyłem gazetę i czekałem na jej ruch.
- Dlaczego mnie śledzisz? - zapytała po chwili, opierając łokcie na stoliku i przypatrując mi się intensywnie.
- Skąd przypuszczenia, że cię śledzę? - postanowiłem udawać idiotę, na co ona roześmiała się cicho.
- Łazisz za mną od samego Ministerstwa i ukrywasz się za gazetą. Ponad to, to jest mugolski pub, Malfoy i nie wydaje mi się, żebyś wcześniej wiedział o jego istnieniu.
- Widocznie niewiele o mnie wiesz - odpowiedziałem, próbując zachować resztki godności.
Znowu się roześmiała, tym razem już głośniej. Chyba naprawdę ją to rozbawiło.
- Dobra, Granger, przyznaję, ale nie pytaj mnie, dlaczego to zrobiłem. Może z ciekawości, może z nudów, nie wiem...
- Wiesz co - zaczęła, dziwnie mi się przyglądając - w normalnej sytuacji kazałabym ci się wynosić, ale mam nieodparte wrażenie, że spośród wszystkich znanych mi ludzi, tylko ty nie zamierzasz mnie oceniać przez to, co zrobiłam.
- Wydawało mi się, że to raczej on coś zrobił...
- Och no wiesz, on tylko miał romans, przecież takie rzeczy się wybacza, jeśli się kogoś naprawdę kocha. A ja miałam czelność wnieść pozew o rozwód pomimo tego, ile dobrego razem przeszliśmy, jaka przyjaźń nas łączyła no i - co najważniejsze - jakie cały czarodziejski świat wiązał z nami nadzieje na przyszłość. Tak zniszczyć taki autorytet... - jej głos ociekał sarkazmem, na co uśmiechnąłem się lekko. Po chwili uśmiech zszedł z jej twarzy - Rodzice, znajomi, przyjaciele... Wszyscy mają pretensje do mnie.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, po czym ona wstała i bez słowa ruszyła w stronę baru.
Dała mi wtedy do myślenia, nie powiem. Sam byłem zdziwiony, że nie poczułem niechęci, która towarzyszyła mi przez wszystkie szkolne lata, kiedy ona tylko pojawiała się na horyzoncie. Teraz czułem zwykłą ciekawość, no i może zaintrygowanie jej osobą.
Obserwowałem, jak rozmawia przez chwilę z barmanem, po czym odwraca się i zmierza w moją stronę z dwoma dużymi kuflami, pełnymi bursztynowego płynu.
- Niestety nie mają tu ognistej - powiedziała, gdy postawiła je na stoliku. - Więc musimy zadowolić się mugolskim piwem.
- Skąd wniosek, że piję ognistą?
- Wyglądasz na takiego - wzruszyła ramionami i usadowiła się znów naprzeciw mnie.
- Mało wiesz, Granger - powtórzyłem i mimowolnie uśmiechnąłem się lekko. Ten wieczór zapowiadał się ciekawie.
 Czasem nadal zastanawiam się, czy poszedłbym wtedy za nią, gdybym tylko wiedział, jak to wszystko się skończy, ale w końcu dochodzę do wniosku, że chyba tak. W późniejszym czasie miewałem różne myśli, ale chyba nigdy nie żałowałem tej znajomości. Często sobie myślę, że życie ludzi wyglądałoby całkowicie inaczej, gdybyśmy tylko potrafili przewidzieć naszą przyszłość. Gdybyśmy tylko potrafili dostrzec niekończący się ciąg konsekwencji naszych czynów. Dokąd jednak by to nas zaprowadziło? Z pewnością uniknęlibyśmy wielu błędów, wielu sytuacji, których żałowaliśmy, czy poznania ludzi, których znać wcale nie powinniśmy. Jednak każdy ten błąd czegoś nas uczy; każdy jest kolejną ważną nauką na przyszłość.
 Przyglądała mi się przez chwilę, a ja miałem wrażenie, że intensywnie zastanawia się, czy robi dobrze, siedząc w mugolskim pubie ze swoim odwiecznym wrogiem. W końcu wzruszyła ramionami i przysunęła jeden kufel w moją stronę, drugi zgarnęła ku sobie.
- Raz się żyje - powiedziała cicho i uśmiechnęła się smutno do swojego piwa.
- Dobrze zrobiłaś - zebrałem się w końcu w duchu, żeby to powiedzieć - Takich rzeczy się nie wybacza.
- Wiesz z autopsji? - uniosła jedną brew i uśmiechnęła się dziwnie. - Słyszałam, że Greengrass była bardzo... rozrywkowa. 
Zaśmiałem się.
- Była - potwierdziłem - Ale na mnie nie ciążyła taka presja. Ojca zamknęli, a moja matka i tak jej nie lubiła. Rozwiodłem się i nikt się tym nie interesował.
- Zazdroszczę - mruknęła cicho i przez następne dwie minuty nie oderwała ust od swojego kufla. Postanowiłem w końcu spróbować i ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie jest to piwo najgorsze. Mniej gorzkie od ognistej, ale bardziej wyraziste od piwa kremowego.
- Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że nastanie czas, gdy będę siedzieć przy piwie w mugolskiem barze z Malfoyem, to bym mu kazała iść do Munga się zbadać - powiedziała nagle.
- Zazwyczaj od życia dostajemy to, czego akurat najmniej się spodziewamy.
Pokiwała głową z uznaniem, a ja zauważyłem, że jej wzrok staje się coraz bardziej rozbiegany. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie zamierzałem tego wykorzystać.
- Co teraz zamierzasz zrobić? - zapytałem.
Kolejny raz wzruszyła ramionami.
- Czekam na ostatnią rozprawę, wyniosę się w końcu z Dziurawego Kotła, znajdę mieszkanie, może zmienię pracę...
- Mieszkasz w Dziurawym Kotle? - nie dało się ukryć mojego zdziwienia - Przecież...
- Tak, wiem, że stać mnie na najdroższy hotel w Londynie - wpadła mi w słowo - Ale mam pewność, że jest to ostatnie miejsce, gdzie będą mnie szukać.
- Kto cię szuka?
- Och, no wiesz, wszyscy - powiedziała, jakby od niechcenia - Harry, Ginny, rodzice. Wszyscy próbują mnie nakłonić do wycofania pozwu.
- Z tą Weasley mnie nie dziwi wcale, ale myślałem, że Potter ma trochę więcej rozumu...
- Ron to jego przyjaciel, a Harry chyba nie może znieść myśli, że nasza trójka się rozpadnie. W końcu połowę życia spędziliśmy razem i on chyba nie chce znowu być zawieszony między młotem a kowadłem.
- Niektórych rzeczy się po prostu nie wybacza i wybacz szczerość, ale nie wydaje mi się, żeby Potter kiedykolwiek to zrozumiał. Przyjaźń to dla niego świętość.
 Pokiwała głową, po czym dopiła piwo i oparła głowę na dłoni. Popatrzyła na mnie wzrokiem człowieka zmęczonego życiem, choć dałbym sobie rękę uciąć, że to raczej przez alkohol i kiedy wstała, kierując się znów w stronę baru, wiedziałem, że to już koniec.
Z kolejnym piwem ledwo doszło do naszej loży.
- Może wystarczy na dzisiaj co? - zapytałem.
- Przestań Malfoy, nie potrafisz się bawić - fuknęła, na co się roześmiałem.
- Jutrzejszego ranka byś mi za to dziękowała, ale jak chcesz - uśmiechnąłem się rozbawiony.
Wywróciła oczami i pokręciła głową z dezaprobatą.
- Dzisiaj mam ochotę się napić i mnie nie powstrzymasz.
- Nie zamierzam.
Przez następną godzinę słuchałem opowieści o zbyt szybkim i pochopnym ślubie, o braku wolnej chwili z powodu ciągłych balów charytatywnych, pracowniczych bankietów, rodzinnych obiadów u teściowej trzy razy w tygodniu i prawie codziennych spotkań z Potterem i jego żoną.
- To wszystko strasznie męczy, sam rozumiesz - tylko tyle w końcu zrozumiałem z jej pijackiego bełkotu.
- Rozumiem, oczywiście - roześmiałem się szczerze i patrzyłem, jak powoli zamykają jej się oczy.
Nic, tylko zrobić zdjęcie i do Proroka. Nie musiałbym pracować do końca życia.
 Zamiast tego jednak westchnąłem głęboko, zastanawiając się co tak naprawdę mną kieruje.
- Wychodzimy, Granger - oświadczyłem stanowczo, na co ona popatrzyła na mnie z miną zbitego psa i pokręciła przecząco głową. Gdyby ktoś zobaczył wtedy tą poukładaną zbawczynię magicznego świata... - Wychodzimy - powtórzyłem, a ona z obrażoną miną podniosła się.
Pomogłem jej w założeniu kurtki, zabrałem jej torebkę i skierowaliśmy się w stronę drzwi. Dobrze, że miałem ją w zasięgu dłoni, bo gdyby nie to, to z pewnością przeleciałaby przez próg, lądując twarzą na betonowym chodniku.
Wziąłem ją pod rękę i powoli ruszyliśmy w stronę Dziurawego Kotła.
- Wiesz co, Malfoy - powiedziała jakoś w połowie drogi - Jesteś w porządku.
- Brzmi to jak komplement.
- To był kontmplmenet.
Pokręciłem głową z niedowierzaniem i ze zdziwieniem stwierdziłem, że ta Granger wcale nie jest taka nieznośna, za jaką zawsze ją miałem.
 Zimny wiatr smagał nam twarze, a z nieba leciały wielkie krople deszczu. Miałem nadzieję, że to trochę ją otrzeźwi, jednak wydawało mi się, że jest tylko gorzej. Nie wiedziałem jeszcze, że najgorsze dopiero przed nami. A może i najlepsze. Sam już nie wiem.
 Mijaliśmy już ostatnią kamienicę, za którą był pub i już miałem zakomunikować Granger, że jest w domu, kiedy momentalnie się zatrzymałem. Pod drzwiami, na starych beczkach siedzieli ludzie z aparatami i chyba czekali właśnie na nią.
- Granger, mamy problem - powiedziałem, gdy tylko cofnąłem się na bezpieczną odległość - Czekają na ciebie...
- Wszystko mi jedno - wybełkotała i prawie zasnęła na stojąco, opierając się o moje ramię.
- Chyba nie chcesz kolejnego skandalu, prawda? - potrząsnąłem nią, żeby mnie posłuchała, a ona przytaknęła tylko i znów oparła się o mnie.
Zastanowiłem się przez chwilę i w końcu doszedłem do wniosku, że chyba nie mam innego wyboru. Przyciągnąłem ją mocno do siebie i skupiłem myśli na moim mieszkaniu.
*
Nie protestowała ani razu, kiedy powiedziałem jej, że jesteśmy u mnie i że bezpieczniej będzie, jeśli tu zostanie. Zaprowadziłem ją do sypialni i posadziłem na łóżku, a ona nie protestowała ani chwili, kiedy zdjąłem jej kurtkę, później marynarkę i zacząłem rozpinać guziki jej koszuli. Patrzyła na mnie spokojnie, gdy ściągałem jej bluzkę i nie mogłem ukryć tego, że przez moment zrobiło mi się gorąco, gdy popatrzyłem na jej piersi. Z ciężkim sercem poszedłem do szafy, wyjąłem moją bluzkę i dresowe spodnie i wróciłem do niej. Szybko pozbyłem się jej spódnicy i rajstop i chyba jeszcze szybciej ją ubrałem, starając się na nią nie patrzeć.
- Możesz się położyć - powiedziałem, a ona grzecznie posłuchała i po chwili zniknęła pod warstwą koca i kołdry.
- A ty? - zapytała wtedy cicho.
- Mam wygodną kanapę - uśmiechnąłem się i zgasiłem światło. Patrzyłem na nią przez chwilę, po czym skierowałem się do drzwi.
- Naprawdę jesteś w porządku - usłyszałem jeszcze ciche mamrotanie. Uśmiechnąłem się krótko i zostawiłem ją samą.
Nie było sensu wtedy rozkładać kanapy. Dobrze wiedziałem, że ani na chwilę nie zmrużę oczu tej nocy.
*
 Sam nie wiem, jak to się stało, że od tamtej chwili Granger bywała u mnie wyjątkowo często. Przeprosiła mnie za tamtą noc, powiedziała, że to się więcej nie powtórzy i zdeklarowała, że zdecydowanie musi mi się odwdzięczyć. Przyszła z winem, kolacją i gazetą Magiczna Chwila, w którym pojawił się artykuł cały poświęcony jej osobie i przypuszczeniom, gdzie Hermiona - jeszcze - Weasley była, kiedy jej nie było. Śmialiśmy się głośno z przypuszczeń reporterów, a resztę nocy spędziliśmy na graniu w mugolskie karty, które przyniosła ze sobą.
 W pracy nasze relacje również się zmieniły. Zwykłe kiwanie głową zmieniło się w serdeczne "cześć" i ciepły uśmiech. Zwykle nawet wymieniliśmy kilka zdań, dotyczące planów na następne wieczory. Staraliśmy się jednak nie wzbudzać podejrzeń innych pracowników, dlatego przy ludziach raczej się do siebie nie odzywaliśmy.
 Nie wiem dlaczego, ale muszę powiedzieć, że wyjątkowo szybko się do niej przywiązałem. Miała w sobie coś takiego, że nie dało się jej nie lubić. Ponad to mieliśmy te same zainteresowania, lubiliśmy tą samą kuchnię i wino. Wspierałem ją, gdy dobiegała końca jej rozprawa rozwodowa i trzymałem kciuki, by wszystko poszło po jej myśli. Ostatecznie sąd orzekł rozwód z winą po stronie Weasleya, a ona odzyskała swoje pieniądze i kupiła mieszkanie całkiem niedaleko mojego. Od tamtego czasu spędzaliśmy jeszcze więcej czasu razem. Pamiętam, gdy pewnego wieczoru podziękowała mi za tę noc w pubie i przyznała, że pewnie nawet najlepsi przyjaciele nie potraktowaliby jej tak dobrze, jak zrobiłem to ja. Dystans między nami z każdym dniem się zmniejszał i w końcu sam przed sobą musiałem przyznać, że wpadłem. Często zastanawiałem się, jak to się mogło stać; myślałem, że mam wszystko pod kontrolą i pewnego razu nawet postanowiłem zerwać tę znajomość. Przyszła do mnie wtedy, jak zwykle z kolacją i winem i wystarczyło jedno jej spojrzenie i jeden uśmiech, by wiedzieć, że nie mogę tego zrobić. Zbyt dobrze się rozumieliśmy, zbyt dobrze się znaliśmy i zbyt dużo oboje dla siebie zrobiliśmy, żeby tak po prostu to skończyć. Ona po rozwodzie nie miała nikogo, zupełnie tak samo jak ja i to chyba głównie dlatego dogadywaliśmy się tak dobrze.
 Minął rok, podczas którego myślałem, że złapałem samego Merlina za nogi. Nie wydarzyło się między nami nic szczególnego, wiedziałem, że ona traktuje mnie po prostu jak przyjaciela i nie chciałem tego psuć, a wiedziałem, że byłoby to nieuniknione, gdybym postanowił jej powiedzieć.
*
Wiedziałem, że kiedyś musi nadejść ten dzień, nie spodziewałem się jednak, że stanie się to tak szybko. Wpadła do mojego mieszkania cała przemoczona. Zdawałem sobie sprawę z tego, że coś się stało, ale chciałem to usłyszeć od niej. Woda kapała z jej ubrań i włosów na moją podłogę, a po twarzy spływały łzy.
- Poznałam kogoś - wyrzuciła z siebie.
 Moje serce na moment przestało bić, a zaraz później miałem wrażenie, że wyskoczy mi z klatki piersiowej. Zacisnąłem zęby, żeby tylko nie dać po sobie nic poznać. Ona nie mogła się dowiedzieć.
- Powiedz coś - poprosiła cicho.
- Gratuluje - nie byłem w stanie powiedzieć nic więcej. Próbowałem się uśmiechnąć, ale po kilku nieudanych dałem i sobie spokój.
Podeszła do mnie powoli, patrząc mi w oczy. Miałem wrażenie, że widzę w nich coś, czego nie dostrzegłem nigdy wcześniej i dopiero później zrozumiałem, że mogło to być nieme błaganie, bym jakoś zareagował, ja jednak przez kolejną minutę się nie odezwałem.
- Poznałaś kogoś i płaczesz z tego powodu? - zapytałem w końcu, siląc się na beztroski ton.
- To tylko deszcz - odpowiedziała po chwili milczenia, a ja wiedziałem, że kłamie. Znałem ją doskonale.
 W końcu uśmiechnąłem się smutno i przygarnąłem ją do siebie. Objęła mnie rękami tak mocno, jak tylko umiała i trwaliśmy w tym uścisku dłuższą chwilę, podczas której biłem się sam ze sobą, by tylko nie dać upustu emocjom. Oparłem brodę o jej czoło i zamknąłem oczy. Chciałem się nacieszyć tą chwilą na jak najdłużej, bo wiedziałem już wtedy, że jest to nasz ostatni raz. Pomimo deszczu poczułem zapach konwalii i uśmiechnąłem się mimowolnie. Chyba właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że ją kocham i że właśnie z tego powodu muszę pozwolić jej odejść.
- Mam nadzieję, że w końcu spotkasz kobietę, która cię uszczęśliwi - powiedziała, a ja miałem ochotę roześmiać się na głos, kiedy dotarł do mnie sens tych słów. Najbardziej paradoksalna sytuacja w moim całym życiu.
- Powodzenia, Granger - tylko na tyle się zdobyłem, kiedy spojrzała na mnie ze smutkiem. Kiwnęła głową, odwróciła się i już jej nie było. A ja zostałem w pustym salonie, wypełnionym jedynie wspomnieniami jej osoby.
*
Kolejne trzy miesiące należały do najgorszych w moim życiu. Spóźniałem się do pracy, zawalałem obowiązki, opuszczałem zebrania. Wszystko tylko po to, by jej nie spotkać. Znowu przestałem prenumerować Proroka, tylko po to, by nie natknąć się na żaden artykuł z nią związany. Wyrzuciłem jej karty, które przyniosła jakąś wieczność temu, a ubrania, które zostały w mojej szafie oddałem potrzebującym. Moje ubrania z kolei odnosiłem trzy razy do pralni, żeby tylko pozbyć się jej zapachu. Może trochę więcej piłem, może trochę więcej paliłem, przede wszystkim jednak najwięcej rozmyślałem o niej.
 Zawsze myślałem, że zapominanie o kimś wcale nie trwa tak długo i słusznie, potrafiłem zmusić się do niemyślenia o niej, do nieszukania wszędzie jej twarzy i poddałem się powolnemu procesowi usuwania jej z moich myśli, ale co z tego, skoro to właśnie jej osoba nachodziła mnie we śnie każdej nocy. W końcu doszło do tego, że coraz częściej miałem ochotę rzucić na siebie Obliviate i zacząć moje życie od nowa. Ostatecznie od tego pomysłu odciągnęła mnie moja matka, która wzięła sobie chyba za punkt honoru, by przywrócić mnie do normalności. Nie mówiłem jej o niej, ale wiedziałem, że czegoś się domyśla.
 Długo trwało zanim dałem sobie spokój. Postanowiłem nie próbować za wszelką cenę usuwać ją z moich myśli i dopiero wtedy zauważyłem, że zaczyna mi się ona powoli wymykać. Były dni, gdy nie spałem całe noce, bo myślałem o niej, a również i w dzień nie dawała o sobie zapomnieć. Później jednak, gdy już dałem sobie spokój, zacząłem łapać się na tym, że jakoś długo o niej nie myślałem.
I kiedy już byłem niemal pewien, że zaczynam wracać do życia, przyszedł list. Zaproszenie na jej ślub. Jeszcze tego samego dnia złożyłem wypowiedzenie.
*
Wszystko miałem już zaplanowane. Szefowi obiecałem, że zostanę jeszcze przez dwa tygodnie, żeby mógł znaleźć kogoś nowego na moje miejsce. Dwa tygodnie - dokładnie do daty jej ślubu i ani dnia dłużej.
 Nie widywałem jej w Ministerstwie. Myślę, że ona sama mnie unikała, chyba tak naprawdę bała się stanąć ze mną twarzą w twarz. Nie miałem jej jednak niczego za złe, minęło wystarczająco czasu, by z pewnymi rzeczami się pogodzić. Zdecydowałem, że pójdę na ten ślub, a później zniknę stąd na zawsze. Bilet w jedną stronę leżał na stoliku i ciągle przypominał mi o tym, co nieuchronne.
 Skontaktowałem się wcześniej z moim starym znajomym Blaise'm Zabinim, który zaraz po wojnie wyjechał do Stanów i założył tam dobrze prosperującą firmę w samym Nowym Jorku. Przyjął mnie z otwartymi ramionami.
*
Ten dzień nadszedł wyjątkowo szybko, zdecydowanie szybciej, niżbym tego chciał. Nie miałem jednak wyboru, postanowiłem tam pójść; zobaczyć ją ten ostatni raz i zniknąć z Anglii raz na zawsze. Pogoda wyjątkowo dopisała. Od samego rana słońce wyjątkowo grzało, nawet kiedy obudziłem się o czwartej nad ranem. Wiedziałem, że już nie zasnę, siedziałem więc trzy godziny z kubkiem zimnej kawy i zastanawiałem się, czy na pewno robię dobrze. W końcu stwierdziłem jednak, że nie mogę stchórzyć, nie dzisiaj. Założyłem garnitur, a spakowane już wcześniej walizki pomniejszyłem do rozmiaru pudełka po zapałkach i włożyłem do kieszeni. Pozamykałem mieszkanie, żegnając się tym samym z moim dotychczasowym życiem i teleportowałem się do Malfoy Manor.
 Moja matka do samego końca nie mogła pogodzić się z moją decyzją.
 - Musiałeś ją bardzo kochać, skoro decydujesz się na tak radykalne kroki - powiedziała mi wtedy, ale nie odpowiedziałem. Przekazałem jej klucze do mieszkania i obiecałem, że będę często pisać.
- Obiecaj mi, że przyjedziesz chociaż na święta - poprosiła, patrząc na mnie niemal z łzami w oczach, a ja nie mogłem odmówić. Byłem przecież jej jedynym dzieckiem. Kiwnąłem tylko głową, uściskałem ją i odszedłem jak najszybciej, żeby tylko się nie rozmyślić.
*
Dotarłem do kaplicy spóźniony. Ceremonia już się zaczęła, wszyscy byli w środku. Stanąłem z samego tyłu i kolejny raz miałem wrażenie, że moje serce zamarło. Wyglądała pięknie. Tak pięknie i naturalnie zarazem, jak tylko ona potrafiła. Wtedy właśnie odezwały się we mnie wszystkie emocje i uczucia, które tak długo trzymałem w sobie. Powtarzałem sobie tylko, że najważniejsze jest jej szczęście, a ja nie mogę stawać jej na drodze do niego. Nie docierały do mnie słowa kapłana, byłem w stanie tylko stać i patrzyć na nią. W mojej głowie szalały dziesiątki obrazów; wspomnień z naszych wspólnych chwil, które do tej pory spychałem w głąb mojej świadomości. Chciałem, żeby się odwróciła i spojrzała na mnie ten ostatni raz, jednak ona nie odrywała wzroku od swojego - prawie - męża. Uśmiechnąłem się smutno, wspominając czasy, kiedy tak samo patrzyła na mnie i nie mogłem nic zrobić, jak tylko stać i patrzeć, jak miłość mojego życia wychodzi za kogoś innego.
*
 "Mijają dni. Jednego jest lepiej, drugiego gorzej.
Jakoś się plecie, nie najlepiej, ale jakoś.
Tylko nie da się niczego zapomnieć.
Po prostu nie da."

sobota, 18 lutego 2017

"Jestem Draco Malfoy" Miniaturka nr 1, cz. 3

Zrozumienie wszystkiego zajęło mi tylko krótką chwilę, po czym spojrzałam na blondyna.
- Wchodź - powiedziałam krótko i po chwili drzwi za nami się zamknęły.
- O co tu chodzi? - zapytał Draco, gdy zapaliłam światło.
Spojrzałam na niego lekko przestraszona i odeszłam w najbardziej oddalony kąt pokoju.
- To Pokój Życzeń - wyjaśniłam cicho, na co chłopak uniósł tylko lewą brew. Westchnęłam cicho i wyjaśniłam - Zwany jest też pokojem Przychodź- Wychodź. Pojawia się, gdy intensywnie się o czymś myśli... Kiedy bardzo czegoś się chce.
- Nie rozumiem - mruknął, choć widziałam na jego twarzy cień zawahania i właśnie wtedy jego wzrok padł na fioletową ścianę przy drewnianym biurku.
- To mój pokój - wyjaśniłam po chwili ciszy.
- Jak to... twój... Myślałem, że kolorami waszego domu jest czerwony i...
Pokręciłam głową, choć powoli przestawałam cokolwiek z tego rozumieć.
- Pokój w moim domu, Malfoy. W Anglii. - wytłumaczyłam.
- Więc jak...
- Draco - przerwałam mu i byłam pewna, że w moim głosie przez chwilę zabrzmiała błagalna nuta. - O czym myślałeś, gdy przechodziliśmy?
Malfoy już otwierał usta, by coś powiedzieć, jednak zamknął je i spojrzał na mnie dziwnie.
Rozejrzał się znów po pokoju, podszedł powoli do biurka i wziął do ręki ramkę. Zdjęcie w niej było mugolskie, nie poruszało się, a przedstawiało małą mnie z dwom kucykami na głowie i ulubionym misiem w ręce.
Miałam wrażenie, że kąciki jego ust drgnęły lekko ku górze, ale szybko odstawił ramkę na swoje miejsce i spojrzał na mnie.
- Daj sobie spokój, Granger - powiedział niby od niechcenia, krzyżując ręce na piersiach.
- Nie dam - pokręciłam zdeterminowana głową, na co ten tylko lekko westchnął. - Dlaczego? - zapytałam cicho i wiedziałam, że zabrzmiało to wyjątkowo żałośnie.
 - Jestem Draco Malfoy - uśmiechnął się niby kpiąco, choć jego głos brzmiał, jakby wydawał na siebie wyrok. - Naprawdę, Granger, daj sobie spokój - powiedział już całkiem poważnie, uważnie mnie obserwując. - Widzimy się jutro na korepetycjach tak? - chciał się upewnić.
Kiwnęłam tylko krótko głową, nie mogąc się zdobyć na odpowiedź.
- Świetnie - też pokiwał krótko głową, po czym ruszył w stronę drzwi.
Nie obejrzał się już za siebie, a ja zostałam sama z niesamowicie dziwnym uczuciem.
Nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć, więc po chwili i ja ruszyłam w kierunku drzwi, zostawiając wspomnienia za sobą.
Założył się. 
*
Draco Malfoy był dla mnie jakimś cholernym labiryntem. Zagadką nie do rozwiązania. Trasą nie do przejścia. Nic więc dziwnego, że od naszej ostatniej rozmowy absorbował on większość moich myśli. Nie mogłam się uczyć, nie mogłam zasypiać, nie mogłam skupić się na lekcjach.
 Kolejnego dnia wysłałam mu sowę o odwołanych korepetycjach. Wykręciłam się złym samopoczuciem, ponieważ nie miałam na razie siły ani chęci, by mogło dojść do konfrontacji między nami. Miałam tyle pytań, które ciągle tłukły mi się w głowie i żadnego sensownego pomysłu na ich odpowiedź.
 Dlaczego ciągle powtarza, kim jest? O co chodziło z tym pokojem? Czy naprawdę się założył?
 Gdy dochodziła pora kolacji postanowiłam opuścić wieżę i zejść do biblioteki oddać wcześniej wypożyczone książki. Miałam nadzieję, że z racji trwającego posiłku nie spotkam nikogo na swojej drodze i nie pomyliłam się. Ale gdy weszłam do biblioteki...
*
- Draco, coś ostatnio zamyślony jesteś - Blaise Zabini uśmiechnął się przebiegle - Powiedz nam... naprawdę śpiewasz mugolskie ballady romantyczne pod prysznicem?
Blondyn uniósł wzrok na swojego przyjaciela i przy okazji spotkał się z kilkoma zaciekawionymi spojrzeniami, skierowanymi w jego stronę. Czas jakby na chwilę zwolnił, choć nikt oprócz niego w całej Wielkiej Sali wydawał się tego nie odczuwać.
- Tylko gdy jest pełnia - wypalił, zanim jego mózg zdołał w ogóle dobrze przyswoić zadane pytanie.
Czarnoskóry parsknął śmiechem, Crabbe i Goyle wymienili zdziwione spojrzenia, Pansy Parkinson teatralnie zatkała sobie otwarte usta dłonią, a sam Draco spojrzał na Blaise' a z przerażeniem.
- Co tu się... - zaczął, ale wtedy jego wzrok padł na pucharek z dyniowym sokiem. Nagłe przerażenie zamieniło się w złość, rzucił Zabiniemu mordercze spojrzenie i czym szybciej wybiegł z Wielkiej Sali, by już nikt nie zdążył go o nic zapytać.
 Pierwszym potencjalnym schronieniem od razu wydały się mu lochy, jednak szybko oddalił ten pomysł. Ktoś z jego domu mógł nie pójść na kolację, a konfrontacja z kimkolwiek mogła go wiele kosztować. Szedł więc szybko przed siebie, nerwowo rozglądając się dookoła aż nogi same zaniosły go pod drzwi biblioteki. Tak, to mógł być jego azyl. Najpierw ukryje się przed resztą szkoły, a potem wymyśli szatański plan zemsty na Blaise' ie Zabinim.
 Wszedł w ostatnią alejkę półek uporczywie ignorując wścibski wzrok bibliotekarki. Przysiadł na parapecie i zabrał z półki pierwszą lepszą książkę dla zabicia czasu, jednak po chwili coś zaburzyło jego poczucie bezpieczeństwa. Ten głos...
 *
 Weszłam do biblioteki i uśmiechnęłam się, gdy zauważyła, że nikogo w niej nie ma. Powitałam uprzejmie panią Pince i ruszyłam do kolejnych alejek, by odłożyć książki na swoje miejsce.
Zostały mi już tylko Tajemnice Zaawansowanej Transmutacji, więc szybko zwróciłam się  w kierunku odpowiedniej półki i już myślałam, że ten wieczór wcale nie był taki zły, a przyjście do biblioteki było najlepszym pomysłem, by trochę ochłonąć. Już wyciągałam dłoń z książką, gdy... zamarłam.
- Malfoy? - zdziwiłam się. Książka, którą jeszcze przed chwilą trzymałam, z głośnym hukiem upadła na kamienną posadzkę.
- Co ty...? - zaczęłam, a mój wzrok padł na książkę, którą trzymał w dłoniach. Mugoloznawstwo dla opornych. Uniosłam wysoko brwi, kompletnie nic z tego nie rozumiejąc.
- Nie pytaj - poprosił szybko.
 Staliśmy chwilę w milczeniu, wpatrując się w siebie.
- Co tutaj robisz? - zapytałam w końcu cicho, lekko zaniepokojona jego dziwnym spojrzeniem i nerwowym rozglądaniem.
- Schowałem się przed wszystkimi, ponieważ Blaise Zabini dolał mi Veritaserum do mojego soku dyniowego podczas kolacji w Wielkiej Sali - odpowiedział niemalże bez zastanowienia na jednym wydechu. Dopiero gdy sobie to uświadomił, westchnął żałośnie i dodał - Nienawidzę go.
- Zaraz, zaraz - podchwyciłam szybko temat. - Blaise Zabini tak po prostu dolał ci veritaserum? - powtórzyłam z niedowierzaniem, na co blondyn pokiwał głową.
- Do soku dyniowego podczas kolacji - powtórzył.
- Przecież to jest nielegalne. - zauważyłam od razu, na moment zapominając o swoim małym problemie dotyczącym Dracona Malfoya. Ale skoro chłopak już i tak jest na przegranej sytuacji, czy nie mogłabym tego jakoś wykorzystać? - W jakim celu niby Zabini miałby cię faszerować tym eliksirem? - z ciekawości skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i oparłam się biodrem o półkę.
- Pewnie znowu założył się z Parkinson - odpowiedział od razu, po czym rzucił mi spojrzenie pełne wyrzutu - Nie rób tego więcej - zagroził, jednak ja zarejestrowałam tylko jedno interesujące mnie słowo. Założył się.
- Mam jedno pytanie - powiedziałam cicho.
*
 W głowie Draco zapaliła się ostrzegawcza lampka. Było tyle kompromitujących i tak bardzo niekorzystnych dla niego sytuacji, które ona może teraz wykorzystać. Mogła zapytać o tyle rzeczy, przez które on byłby spalony na całej linii, jednak Hermiona Granger spoważniała, a z jej ust wypłynęły cztery słowa, których najmniej się spodziewał:
- Założyłeś się o mnie?
- Nie - odpowiedział automatycznie, a ona uniosła zdziwiona brwi. Nie sposób było opisać ulgę, jaką wtedy odczuł. - Skąd taki pomysł?
Pokręciła tylko głową, szepnęła coś, co brzmiało jak nieważne, odwróciła się na pięcie i zanim zdążył jakkolwiek zareagować, jej już nie było.
*
- Hermiono, coś się stało? - po raz kolejny w ciągu paru dni Harry patrzył na mnie z taką troską w jego zielonych oczach.
 Okulary zsunęły mu się na czubek nosa, a czarne włosy jak zwykle były w nieładzie. Czy to nie był najlepszy moment, by podzielić się z kimś moim problemem? Czy Harry jako mój przyjaciel nie zasługiwał chociaż na odrobinę prawdy?
- Mam... - zaczęłam cicho, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć dalej. - ... pewien problem, Harry.
 Spojrzałam na niego niepewnie, ale oczy mojego przyjaciela wyrażały jedynie uprzejme zainteresowanie. Usiadł w fotelu obok i przez chwilę wpatrywał się w wesoło tańczące ogniki w kominku, po czym wyjął Historię Hogwartu z moich dłoni i odłożył ją na okrągły stolik.
Uśmiechnęłam się lekko, wzruszona jego postawą. Och, Harry, gdybyś tylko wiedział...
- Opowiadaj od początku - poprosił pewnie, a ja zastanawiałam się od czego zacząć i jak to wszystko zgrabnie ująć, by jednocześnie nie powiedzieć za dużo.
- Mam problem co do jednego chłopaka - powiedziałam cicho, nie patrząc na niego.
- Och... Wiesz, Hermiono, ja naprawdę nie jestem znawcą w tych sprawach - uśmiechnął się lekko.
- Ale jesteś też facetem - zauważyłam.
- Zamieniam się w słuch - teatralnie wsparł brodę na dłoniach i z ciekawością spojrzał na mnie.
- No więc... - zaczęłam, próbując najstaranniej dobierać słowa - ... jest pewien ktoś...
- Ktoś... konkretny? - zapytał od razu.
Kiwnęłam powoli głową.
- Tak, ale wolałabym żebyś wypowiedział się na ten temat jak najbardziej obiektywnie.
- A więc kontynuuj - powiedział już całkiem poważnie.
Pokój Wspólny opustoszał już całkiem z powodu późnej godziny, a my nadal siedzieliśmy przed kominkiem, każde pogrążone w swoich myślach. Harry najpewniej zastanawiał się o kogo chodzi. Ja zastanawiałam się, jak mogę mu o tym powiedzieć. Milczałam jeszcze chwilę, ale Harry ciągle cierpliwie czekał.
- Jest więc ten ktoś - powtórzyłam znów rzeczowo, na co mój przyjaciel uśmiechnął się lekko - Relacje między nami bywały bardzo różne i wydaje mi się czasami, że z jego strony coś się zmieniło, ale on jest... - z braku słów westchnęłam -... jest bardzo skomplikowany.
Harry pokiwał głową w milczeniu i spojrzał na mnie poważnie.
- Myślę, że powinnaś robić wszystko, by być szczęśliwa - uśmiechnął się - Być może sytuacja z czasem się zmieni, on coś zrozumie i jakoś to się poukłada.
 - Jasne, zrozumie - westchnęłam ze zrezygnowaniem, a mój wzrok odruchowo padł na schody do dormitoriów, na których właśnie pojawił się mój drugi przyjaciel. - Jeszcze jedna sprawa... - zaczęłam cicho -... chciałabym, żeby Ron na razie niczego się nie dowiedział.
- Więc to nie o niego...? - zdziwił się, ale właśnie wtedy Ronald szturchnął go w ramię i wskazał wymownie na swoją miotłę. - Wybacz - spojrzał na mnie przepraszająco i obaj skierowali się w stronę wyjścia. Odczekałam chwilę, po czym również ruszyłam w tamtą stronę. Musiałam się przejść, ale nie chciałam znów wdawać się w bezsensowne dyskusje z Ronaldem. Miałam teraz o wiele większe problemy.
*
Zamek pomimo popołudniowych godzin był cichy i spokojny, Większość nadal wolała przebywać w dormitoriach, ale ja miałam wrażenie, że niedługo tam zwariuję. Nic złego przecież nie mogło mnie spotkać podczas krótkiej przechadzki po siódmym pię...
- Co jest...? - zdążyłam tylko powiedzieć, kiedy dwie pary rąk pociągnęły mnie stanowczo. Jakim cudem wcześniej ich nie słyszałam?
- Pogadamy sobie, Granger - usłyszałam i rozpoznałam głos Pansy Parkinson. O co tu - na Merlina - chodziło?
- Nie szarp jej tak, Pansy, bo Smok zrobi to samo z tobą - odwróciłam się w drugą stronę i zobaczyłam Blaise'a Zabiniego.
- Puśćcie mnie! - krzyknęłam, jednak dwójka moich napastników jedynie parsknęła śmiechem.
- Wybacz, musimy pomóc naszemu przyjacielowi.
- Nie możemy tak patrzeć, jak bidulek się męczy. Niedługo uschnie z tego beznadziejnego wzdychania do pewnej pani prefekt.
- Przeboleję nawet to, że przegram sto galeonów i trzy butelki Ognistej.
- O co tu chodzi?!
- Przekonasz się...
Chwilę później poczułam, jak wpychają mnie do jakiegoś pomieszczenia. Drzwi zatrzasnęły się za mną z hukiem. Byłam w małej, zakurzonej sali, która chyba nigdy nie była przeznaczona do prowadzenia zajęć. Serce przyspieszyło mi gwałtownie, gdy zobaczyłam osobę siedzącą na parapecie i powoli docierało do mnie, co jej tutaj grane. Usłyszałam szczęk zamka po drugiej stronie i automatycznie sięgnęłam po różdżkę, jednak... nie było jej.
- Moja różdżka - powiedziałam cicho, ale jednak usłyszał.
- Mi też zabrali.
- Macie czas do rana, żeby sobie wszystko przemyśleć! - usłyszałam zza drzwi krzyk Zabiniego i stłumiony chichot Parkinson.
Przez chwilę próbowałam uporać się z drzwiami polegając jedynie na swojej sile, jednak mój wysiłek poszedł na marne.
- To na nic - usłyszałam - Też próbowałem.
Odważyłam się spojrzeć na blondyna i niemal zachłysnęłam się powietrzem. Był bledszy niż zwykle, a cienie pod oczami wskazywały na to, że nie spał ostatnio zbyt dobrze, Wzięłam głęboki oddech i usiadłam na podłodze, naprzeciwko niego i stwierdziłam, że możemy tylko czekać.
*
Draco nie odzywał się długi czas. Wyglądał jakby usilnie nad czymś rozmyślał, a ja złapałam się na tym, że nie jestem w stanie skupić się na niczym konkretnym, kiedy on jest w pobliżu. Mogłam tylko siedzieć i gapić się na niego jak niuchacz w błyskotki i zastanawiać się, co przykrego mogło mu się przytrafić, że jego stan tak się pogorszył. W głębi ducha byłam mu wdzięczna, że nie patrzył na mnie, bo to tylko pogorszyłoby sprawę. Czułam się teraz trochę głupio, że ostatnim razem po prostu uciekłam. Chciałam poruszyć nawet ten temat, jednak bałam się odezwać.
 Słońce zaszło już dawno za horyzont i powoli przestawałam widzieć go dokładnie.
- Granger - odezwał się właśnie wtedy - Wiem już, o co chodziło z tym zakładem.
Podniosłam zaskoczona głowę, ale nie chciałam mu pokazywać, że wywarło to na mnie jakieś większe wrażenie.
- I tak już nieważ...
- Ważne - przerwał mi zdecydowanie - Potter powiedział ci, że słyszał o rozmowie Zabiniego i Parkinson,z której - oczywiście - wyciągnął błędne wnioski, według których ja założyłem się z nimi o ciebie.
- Nie musisz mi się tłumaczyć - powiedziałam cicho, chociaż bardzo chciałam usłyszeć dalszą część.
- Muszę - odpowiedział z naciskiem - To dlatego zaczęłaś mnie unikać, prawda? - podniósł w końcu głowę, a ja w duchu dziękowałam Merlinowi, że zdążyło się ściemnić i Malfoy nie widział mojej twarzy.
- Nie unikałam cię...
- Daj spokój, Granger - przerwał mi znowu, a ja musiałam pogodzić się z tym, że przynajmniej częściowo domyślił się prawdy - To Zabini i Parkinson się założyli. Sto galeonów i trzy butelki Ognistej o to, kiedy...
- Kiedy co? - ponagliłam, bo oczywiście musiał przerwać w najbardziej wyczekiwanym momencie.
- Kiedy cię pocałuję - wyjaśnił cicho, nawet nie podnosząc głowy. Poczułam nagły ścisk w żołądku, gdy ostatni puzzel tej układanki dotarł w swoje miejsce.
- Więc dlatego chciałeś... - zaczęłam i nic nie mogłam poradzić na to, że w moim głosie słychać było tyle goryczy.
- Nie - pokręcił głową, a ja popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. Jak to nie?- Możesz mi wierzyć, albo nie, ale dowiedziałem się o wszystkim dopiero dzisiaj.
- Nie rozumiem - powiedziałam cicho, bo to by znaczyło, że on robił to wszystko z własnej woli.
- Nie każ mi tego tłumaczyć - podniósł głos i wstał gwałtownie - Nie mam pojęcia, Granger, co się ze mną dzieje, ale nie mogę spać, nie mogę jeść, nie mogę nawet myśleć racjonalnie... Czuję się, jakbym nie był sobą, jakbym od jakiegoś czasu żył życiem kogoś zupełnie innego. Niedobrze mi, jakbym miał w żołądku coś latającego...
- To się nie może dziać - szepnęłam, będąc w szoku po wyznaniu chłopaka. Spojrzał na mnie i westchnął głęboko, po czym opadł na podłogę obok mnie. Byłam pewna, że słyszy moje serce, które kołatało jak szalone.
 Spojrzałam na niego niepewnie i on również odwrócił głowę w moją stronę. W oczach miał zrezygnowanie i coś jeszcze przez co miałam wrażenie, że chłopak ma dość tej sytuacji. Przez chwilę nie byłam pewna co powiedzieć, ale chciałam tylko, żeby on znów uśmiechnął się w ten charakterystyczny sposób.
- Mam tak samo - powiedziałam cicho i poczułam, jak mimowolnie przygryzłam wargę. Mój organizm zawsze tak reagował, kiedy się bałam.
 I to właśnie wtedy czas jakby zwolnił. Patrzyłam jak podnosi swoją dłoń i przymknęłam oczy, kiedy dotknął nią mojego policzka. Spojrzał wymownie na moje usta, jakby nie wiedział, czy może posunąć się dalej.
- Doprowadzasz mnie do szaleństwa - powiedział cicho, a ja natychmiastowo zakochałam się w jego głosie - zupełnie innym niż ten, który dane mi było słyszeć wcześniej. Powoli nachylił się w moją stronę i zatrzymał się zaraz przy moich ustach, jakby do końca nie wiedział, czy postępuje właściwie.
Zamknęłam oczy i kiwnęłam delikatnie głową. Byłam pewna, że zauważył. Chwilę później poczułam jego chłodne usta na moich i pomyślałam tylko, że zaraz pod wpływem jego dotyku rozpadnę się na milion kawałków.
*
- Dasz sobie radę - tłumaczył mi cierpliwie, kiedy nerwowo stąpałam z nogi na nogę, czekając na swoją kolej na praktyczny egzamin z eliksirów. Zdążyłam go już poznać i wiedziałam, że jego opanowanie nie jest wymuszone. Zawsze taki był. Zawsze wydawać się mogło, że ważne dla mnie sprawy jak właśnie na przykład egzamin z eliksirów, dla niego są mało istotne. A jednak zawsze wszystko mu się udawało.
- Łatwo ci mówić - odparłam, chyba trochę zbyt niegrzecznie, bo zmierzył mnie wzrokiem z tą swoją typową miną wiecznego buntownika. - W końcu ty jesteś Draco Malfoy - dodałam sarkastycznie. Naprawdę nie chciałam, żeby mój stres odbijał się na nim, jednak nie byłam w stanie się powstrzymać od złośliwego komentarza, a przecież kiedyś zawsze mi to powtarzał. Mogłam mu zarzucić największą zbrodnię, a on z uśmiechem odpowiadał "Jestem Draco Malfoy" i czuł się kompletnie usprawiedliwiony, jakby jego nazwisko miało działać cuda. Byłam prawie pewnie, że po tym komentarzu się zdenerwuje i rzuci jakąś ciętą ripostą. On jednak uśmiechnął się łagodnie, tak, jak tylko on potrafi.
- Nie jestem nim bez Ciebie - odpowiedział, a ja poczułam nagłą wdzięczność i rozczulenie jednoczenie. Już wiedziałam, dlaczego wybrałam właśnie Jego.
***
Niemalże równy rok minął od daty publikacji poprzedniej części Miniaturki. Przez długi czas nie miałam pomysłu, ani chęci, by napisać ją do końca. Może być trochę chaotycznie, bo prawie każdy akapit był pisany w kilkumiesięcznych odstępach i szczerze mówiąc wracając do tego po takim czasie, już nawet nie pamiętałam, jaka była jej początkowa koncepcja, ale dokończyła, jest i tak niech pozostanie.
Pozdrawiam serdecznie,
Nan.

sobota, 7 stycznia 2017

Rozdział 9 - "Konfrontacja"

 "Nad nami słońce, między nami ściana deszczu"
~happysad

Zachodzące słońce tworzyło piękne cienie na opustoszałej już plaży. Piasek był nagrzany i miękki w dotyku, a wiatr delikatnie smagał jej włosy, gdy wpatrywała się w najpiękniejszy widok na świecie. Głosy ostatnich osób opuszczających plażę były jakby cichsze niż zwykle, a ich sylwetki rozmazane. Patrzyła, jak ogromne słońce o intensywnie pomarańczowym kolorze tonie powoli w ciemnych wodach Atlantyku. Zimne fale przy każdym przypływie podmywały jej stopy, ale nie przeszkadzało jej to wcale.
- Hermiona - usłyszała znajomy głos, na dźwięk którego jej serce przyspieszyło. Czy to naprawdę...? Niemożliwe, pomyślała, jednak jej podświadomość zmusiła ciało do gwałtownego odwrotu.
- Harry - wyszeptała, gdy zobaczyła tak znajomą postać.
Uśmiechnęła się szeroko i przetarła oczy dla pewności, jednak wyglądało na to, że wyobraźnia wcale nie płata jej figli. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętała. Lekko przyduże ubrania, okrągłe okulary, czarne, rozczochrane włosy i zielone oczy, w których odbijał się ocean.
- To koniec, Miona. Wracamy - powiedział z tym swoim dobrym uśmiechem, a ona poczuła się najszczęśliwszą osobą na świecie. Poderwała się na równe nogi i już miała rzucić się przyjacielowi w ramiona, gdy poczuła mocny ucisk na prawym nadgarstku, który ją zatrzymał. Z wyrzutem odwróciła wzrok i poczuła, jak po jej ciele przechodzi dreszcz. Draco Malfoy trzymał mocno jej dłoń, a na jego twarzy widniał lekki uśmiech.
- Zostań, Granger - powiedział cicho - Zostań ze mną.

***

Hermiona podniosła się gwałtownie, nie rozumiejąc o co chodzi. Oddychała szybko, jakby właśnie przebiegła maraton i momentalnie zmarszczyła brwi. Przed nią nie było już ani oceanu, ani Harry' ego, ani Malfoya. Jasne ściany, biały sufit, meble tonące w półmroku.
- To tylko sen - powiedziała cicho i odetchnęła z ulgą. Opadła z powrotem na łóżko, próbując w myślach odtworzyć scenę z plaży. Pamiętała ocean, zachód słońca... no i on. Jej najlepszy przyjaciel. Sen był na tyle realistyczny, że niemal od razu poczuła pustkę. Zaraz potem przyszło rozgoryczenie i w końcu złość. Oddałaby wszystko, żeby teraz być razem z nimi. Nie miała pojęcia, gdzie teraz są, jak się czują i jak sobie radzą, a świadomość, że ona nie może zrobić kompletnie nic tylko pogarszała sprawę.
Czując, że i tak już nie zaśnie, wstała i odsłoniła rolety. Przez chwilę delektowała się pięknym widokiem miasteczka Porto o poranku, jednak nie potrafiła skoncentrować się na takich błahostkach. Szybko pościeliła łóżko, po czym skierowała się w stronę salonu. Było to niewielkie pomieszczenie połączone z aneksem kuchennym, jednak zawierało wszystko, czego potrzebowała. Wygodna sofa z miękkim kocem, drewniany stolik kawowy i - najlepsze - wysoki regał wypełniony po brzegi książkami. Kremowe ściany sprawiały, że mieszkanie wydawało się przytulne i pewnie czułaby się tu jak w domu, gdyby nie jeden mały szczegół. Właściwie to wcale nie taki mały.
Pokręciła głową, gdy w jej myślach zaczął pojawiać się niechciany obraz z jej snu. Niechętnie musiała przyznać, że widok Malfoya uśmiechającego się w taki sposób zrobiła na niej większe wrażenie, niżby sobie tego życzyła i miała wyrzuty sumienia, że poczuła niezdecydowanie, nawet jeżeli to był tylko sen. Poza tym - myślała, kiedy włączała ekspres - Malfoy się tak nie uśmiecha. Właściwie ostatnimi czasy w ogóle się nie uśmiechał. Właściwie ostatnimi czasy to prawie w ogóle go nie widywała. Wstawał skoro świt i po prostu wychodził z mieszkania, wracał z kolei, kiedy ona już spała. Na początku nawet się o niego martwiła, jednak wiedziała, że on po prostu ma zamiar udawać, że między nimi nigdy do niczego nie doszło. Domyślała się, że po tamtym pocałunku ich relacje spadną na niższy poziom, ale szczerze się nie spodziewała, że aż tak.
Wzięła kubek z czarną kawą i wyszła na balkon. Oparła się o parapet i rozkoszowała się widokiem miasteczka budzącego się do życia. Mimowolnie na myśl przyszła jej pierwsza noc tam spędzona i uświadomiła sobie, że był to ostatni raz, gdy z Malfoyem rozmawiała, chociaż samo wspomnienie tej wymiany zdań powodowało u niej nagły przypływ zażenowania.

***

Śniadanie musiało poczekać, co okazało się, kiedy otworzyła lodówkę. Przynajmniej po jej stanie wiedziała, że Malfoy jeszcze tu mieszka. Postanowiła od razu wybrać się na zakupy. Pamiętała, że niedaleko ich kamienicy jest piekarnia otwierana od wczesnych godzin porannych. Rozejrzała się po kuchni i stwierdziła, że ma kolejny powód, żeby od już jeszcze bardziej znienawidzić blondyna.
Ostatnim razem zostawiła sobie plik kartek i długopis na jednej z półek, żeby przy następnych zakupach nie musieć ich szukać, ale oczywiście Malfoy musiał się zająć porządkami po swojemu. Przeszukała całą kuchnię i salon i gdy już miała zrezygnować postanowiła sprawdzić jeszcze na szafie z książkami. Nie zdziwiłaby się wcale, gdyby jej rzeczy zostały schowane tam z czystej złośliwości, więc wspięła się na palce i na oślep próbowała sprawdzić, czy jej przypuszczenia są prawdziwe. Zaśmiała się cicho z niedowierzaniem, gdy jej palce natrafiły na coś papierowego.
Ściągnęła swoją zdobycz, w myślach przyrzekając, że przy najbliższej okazji policzy się z chłopakiem, jednak możecie sobie wyobrazić jej zdziwienie, gdy zamiast swoich kartek w dłoni zobaczyła... kopertę.
Uniosła wysoko brwi, gdy zobaczyła, że owa koperta jest już rozerwana, a ze środka wystawał list. Na jej wierzchu widniały dwa znaczki pocztowe, co oznaczało, że list przyjść musiał pocztą mugolską. Przeszła przez salon i usiadła na wygodnej kanapie, po czym zabrała się za lekturę.



drodzy przyjaciele Tamaro i Geraldzie

Mam nadzieję, że wakacje mijają wam w Jak najlepszej atmosferze bardzo wam zazdroszczę tego wyjazdu, mam nadzieję, że i ja kiedyś tam Dotrę. u nas wszystko dobrze. pogoda jest Słoneczna i myślę, że Tam także. Bardzo za wami tęsknimy i Dziękujemy za piękne widokówki i Zdjęcia. 

mama była u Okulisty Który zalecił jej takie Duże okulary i wygląda teraz bardzo zabawnie. Czerwiec w tym roku ma być bardzo ciepły i myślę już nad wakacjami Za granicą, najlepiej Na wyspach. pamiętajcie o Kremie na słońce i Dużo się nie opalajcie, bo to szkodzi skórze.


pozdrawiam was gorąco,
Samuel Smith
ga de ry po lu ki


Hermiona znów uniosła brwi. Całość nie miała najmniejszego sensu, nie mówiąc już o kompletnym braku poszanowania interpunkcji i gramatyki. Wiedziała dobrze, że ktoś ze świata czarodziejów będzie próbował się z nimi kontaktować, ale mogli przynajmniej zrobić to w jakiś bardziej zrozumiały sposób. W końcu Voldemort chyba nie ma w zwyczaju przejmowania hiszpańskiej poczty, w dodatku mugolskiej. Przeczytała list jeszcze raz i po raz pierwszy od tygodnia na prawdę zapragnęła zobaczyć Malfoya. Poczuła wzbierającą w sobie złość na chłopaka i wiedziała, że - mimo wszystko - musiało w końcu dojść do konfrontacji. Niewiele obchodził ją w tym momencie głupi pocałunek, który tak ich poróżnił i głęboko gdzieś miała jego widocznie urażoną dumę i postanowienie ignorowania jej do końca życia. Przecież to mogło chodzić o jej przyjaciół! Ten list mógł zawierać informacje, na które czekała odkąd tylko opuścili Malfoy Manor. A ten bezczelny buc postanowił wszystko przed nią zataić. Ze złością ruszyła w stronę sypialni blondyna i mało ją obchodziło w tym momencie, że ma na sobie jedynie krótki szlafrok. Bez zbędnego pukania pchnęła mocno drzwi, które z hukiem uderzyły w ścianę i już miała zaczął prawić mu wyrzuty, gdy zauważyła, że łóżko jest zaścielone i wyglądało, jakby tej nocy wcale nikt w nim nie spał. Wzięła kilka głębokich oddechów przysięgając sobie w duchu, że przy najbliższej okazji Draco Malfoy zniknie raz na zawsze z powierzchni ziemi. Wiedziała, że uratował jej życie i zdawała sobie sprawę, że tylko dzięki niemu jest tutaj, z dala od wojny, w spokojnym Porto, ale w tym momencie nie miało to absolutnie żadnego znaczenia. Wszystko przestawało się liczyć, kiedy chodziło o życie jej przyjaciół.

***

Słońce prażyło mocno, kiedy Hermiona rozsiadła się wygodnie w wiklinowym fotelu przy jednej z kawiarenek. Na stoliku położyła list i zamówiła kawę. Cieszyła się, że założyła ciemne okulary, bo kilku przechodzących mężczyzn spojrzało na nią z zaciekawieniem. Z jednej strony miała ochotę się uśmiechnąć z drugiej jednak pamiętała, że w świecie czarodziejów trwa wojna i żadne miejsce na świecie nie jest bezpieczne na sto procent. Wiedziała jednak, że Porto jest mugolskim miasteczkiem i istniało małe prawdopodobieństwo, że spotka jakiegoś śmierciożercę pijącego mrożone latte i spoglądającego w ocean. Miasteczko wydawało jej się bezpieczne również z powodu pogody. Może to i głupie, ale Anglia - szara i deszczowa - była dla zwolenników Czarnego Pana idealnym miejscem. Londyn - zarówno mugolski jak i czarodziejski - pełen był ciemnych zaułków, gdzie podejrzane typy załatwiały swoje szemrane interesy. Ludzie wiedzieli, że coś jest nie tak, choćby ze względu na niesprzyjającą aurę, spowodowaną przez dementorów i po prostu woleli zostać w teoretycznie bezpiecznych domach. Porto natomiast było tego kompletnym przeciwieństwem. Faktycznie pogodna nie była taka jak w sezonie, słońce zachodziło szybciej i nie paliło tak mocno, a miejscowi zakładali swetry, gdy temperatura schodziła poniżej dwudziestu stopi, jednak dla niej - przyzwyczajonej do deszczowej i pochmurnej Anglii - była to miła odmiana.
Rozsiadła się wygodnie, wyciągnęła list i przeczytała go jeszcze raz. Wiedziała dobrze, że jest to pewnego rodzaju szyfr, ale przez dłuższy czas nie potrafiła znaleźć do niego klucza. Na innej kartce próbowała zapisywać pojedyncze słowa zaczynające się z dużych liter, jednak całość i tak nie miała sensu, tak samo jak i wszystkie wyrazy zaczynające się z małych. Nic nie dawało czytanie od tyłu ani zamienianie wyrazów kolejnością. Spędziła w kawiarni dobre cztery godziny i w końcu poddała się.
Zabrała swoje rzeczy, obiecując sobie w myślach, że w mieszkaniu spróbuje jeszcze raz, teraz jednak musiała odpocząć. Skierowała się w stronę małej zatoki, którą szczególnie polubiła ze względu na kamienistą plażę i ogromne głazy, na których mogła siedzieć godzinami. Wyciągnęła z torebki jedną z książek, którą zabrała z mieszkania i pozwoliła się na chwilę jej wciągnąć.

***

Czyjeś głośne kroki wyrwały ją z książkowego transu i podniosła wzrok, nie do końca wiedząc jak zareagować. Miała nadzieję, że ta osoba minie ją i pójdzie dalej, jednak kroki robiły się coraz głośniejsze. Wzbudziło to jej czujność; w końcu rzadko kto tutaj przychodził, wszyscy skupiali się raczej na piaszczystych plażach, które ciągnęły się po drugiej stronie zatoki. Zacisnęła palce na różdżce, którą nadal miała w torebce, gotowa w każdej chwili jej użyć. Wiedziała dobrze, że w mugolskim miasteczku nie powinna używać magii, jednak jeśli coś zagrażało jej życiu, to nie miała wyboru.
Potencjalny napastnik jednak wyminął ją i przysiadł na skale niedaleko. Nie puściła jednak różdżki, ciągle zachowując ostrożność. Plaża była duża, a on wybrał miejsce akurat tak blisko niej? Nie chciała niepotrzebnie panikować i zaburzać spokoju, jaki dotąd panował. Przyjrzała się delikwentowi dokładniej i z ulgą ustaliła, że większe niebezpieczeństwo jej nie grozi. W końcu gdyby chciał to zaatakował by ją od razu, a nie siedział i patrzył w odległy horyzont. Miał na oko dwadzieścia parę lat, na pewno nie więcej niż dwadzieścia pięć. Jego karnacja i kolor włosów sugerowały, że mężczyzna jest miejscowy, a upewnił ją w tym jego ubiór. Przy jej letniej sukience, jego ciemna kurtka wyglądała dosyć komicznie.
Nagle mężczyzna odwrócił się, spoglądając prosto na nią, a ona nie zdążyła odwrócić wzroku. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, aż w końcu mężczyzna odezwał się.
- Olá, eu posso...
- Eu não entendo Português - przerwała mu. Przez ten tydzień zdążyła nauczyć się jedynie tyle, by mówić, że nie rozumie w ich języku.
- Angielski? - zapytał, a ona jedynie kiwnęła głową. - To widać, że ty nie tutejsza. Wakacje?
Hermiona przez chwilę zastanawiała się, czy wciągać się w tę dyskusję, jednak potrzeba odezwania się do kogokolwiek wzięła górę. W razie czego potrafi się bronić, a niezobowiązująca rozmowa jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
- Jestem tutaj służbowo - wyjaśniła, układając sobie w głowie nową biografię.
- Słuszbofo...? - powtórzył, najwidoczniej nie rozumiejąc tego słowa.
- W pracy - odparła, gdy mężczyzna podszedł bliżej niej. Uśmiechnął się, gdy wyciągnął do niej rękę.
- Jestem Alberto - przedstawił się.
Zastanawiała się chwilę, czy powinna podawać swoje prawdziwe imię, ale szybko doszła do wniosku, że nie powinno nic złego się jej tutaj stać.
- Hermiona - uścisnęła mu dłoń.
- No więc... 'Ermiona... musisz mieć bardzo fajna praca, że przyjeżdżasz tutaj do Portugalia. W moja praca tylko Porto, Porto i Porto. Nigdy nie byłem za granica.
- Jestem dziennikarką - uśmiechnęła się nieco wymuszenie, bo w kłamaniu nigdy nie była zbyt dobra - Piszę artykuł o - głos jej na chwilę uwiązł w gardle - martwym sezonie nad Atlantykiem.
- Tutaj zawsze się coś dzieje - wzruszył ramionami - W końcu jest trochę lżej i można wyjść z domu. Gdy jest dużo turysta, lepiej nie wychodzić...
- Teraz też jest pięknie - powiedziała znów wpatrując się w ocean. Postanowiła sobie, że kiedyś tu wróci. Kiedy tylko to wszystko się skończy.

***

- A tutaj jest boisko - wskazał jej ręką odgrodzoną część osiedla, po czym skierowali się w stronę kamienic wzdłuż rzeki. Hermiona zgodziła się na prywatne oprowadzenie po tej mniej znanej części Porto, która mogła się nadawać do artykułu, jak twierdził Alberto. Nie znali się wcale, jednak panna Granger czuła się szczęśliwa z tego powodu, że miała przynajmniej do kogo otworzyć usta.
- To tutaj - powiedziała, gdy skręcili w wąską, brukowaną uliczkę. Zatrzymała się przed odpowiednimi drzwiami i uśmiechnęła na pożegnanie.
- Jutro wieczorem jest mecz - oznajmił - Nasza dzielnica kontra Pereiro. Przyjdziesz? - zapytał z nadzieją w głosie - To może być interesujące dla twój artykuł - dodał z uśmiechem, a ona kiwnęła głową.
- Przyjdę - zapewniła - Do zobaczenia.
- Chau! - uśmiechnął się znowu szeroko i poczekał, aż dziewczyna zniknie za drzwiami.
Hermiona poczuła się trochę zmieszana. Czy on z nią flirtował? Nie miała zbyt wielkiego doświadczenia w relacjach damsko- męskich. Jedyny mężczyzna, który był nią zainteresowany to Krum, ale relacje z nim były dość skomplikowane, a jeśli ten chłopak liczył na coś więcej, to nie chciała robić mu złudnych nadziei. Dobrze wiedziała, że za jakiś czas będzie musiała zniknąć z tego miasta i pewnie więcej się nie zobaczą.
Co to w ogóle za czasy, myślała, kiedy otwierała kluczem drzwi do mieszkania, żeby nie można było odróżnić flirtu od zwyczajnej uprzejmości.
Weszła do środka, a uśmiech od razu zniknął z jej twarzy.

***

Draco Malfoy stał oparty o kuchenny blat. Ręce miał w kieszeniach swoich czarnych spodni, a biała koszula opinała się na jego torsie. Rękawy miał podwinięte przez co Mroczny Znak było widać w całej okazałości. Twarz miał bledszą niż zwykle, a pod oczami widniały sine cienie, jakby ostatnimi czasy spał wyjątkowo mało, lub był chory.
Hermionę na moment zmroziło, gdy zobaczyła wyraz jego twarzy. Wyglądał, jakby samym wzrokiem chciał pozbawić jej życia. Usta zaciśnięte w wąską linię i oczy pełne niechęci, a nawet... pogardy? Musiała przyznać, że zbiło ją to z tropu, ale tylko na chwilę. Jego spojrzenie wzbudzało w niej poczucie winy, a przecież nie zrobiła nic złego!
Dopiero po chwili wrócił jej oddech, a razem z nim racjonalne myślenie.
- W co ty grasz, Granger? - zapytał niepozornie, jednak chłód jaki wyczuła w jego głosie był niemalże odrzucający.
- W co ja gram? - uniosła wysoko brwi i poczuła jak wzbiera w niej złość. Szybkim ruchem wyciągnęła z torebki pomięty list i pomachała nim w powietrzu. Przez chwilę w jego oczach widać było zmieszanie, jednak bardzo szybko się zreflektował.
- To jest prywatna korespondencja - powiedział spokojnie, na co ona roześmiała się nieco histerycznie.
- Nie rozśmieszaj mnie, Malfoy. Dobrze wiem, od kogo jest ten list i wiem, że może zawierać ważne dla mnie informację. Ale ty najwyraźniej postanowiłeś zostawić wszystko dla siebie...
- Nie przyszło ci do tej twojej mózgownicy, że nie ma w tym liście absolutnie nic, co dotyczy ciebie, skoro ci o tym nie powiedziałem? Oczywiście, że nie, bo panna wiem-to-wszystko-Granger zawsze musi się do wszystkiego wtrącać!
- Mam prawo wiedzieć! - odparowała od razu, nie kontrolując chwili, gdy jej głos zamienił się w krzyk.
- I co ty sobie w ogóle wyobrażasz szwendając się z jakimś podejrzanym typem? Nie po to ratowałem ci życie, żebyś ty teraz wszystko zaprzepaściła, bo zachciało ci się romansów!
- Ratujesz mi życie? W życiu byś tego nie zrobił, gdyby sytuacja cię nie zmusiła!
- Trzeba było cię tam zostawić...
- Jasne, że trzeba było! Nie musiałabym teraz tutaj tkwić razem z tobą.
- Na przyszłość zapamiętam - uśmiechnął się bezczelnie i satysfakcją patrzył, jak w gryfonce znów wzbiera fala gniewu.
- Nienawidzę cię, Malfoy - powiedziała, próbując trzymać nerwy na wodzy, jednak zdenerwowanie na niego, które kulminowało się w niej od tygodnia zwyciężyło. Złość zamieniła się w gorycz, która wylała się z niej, gdy tylko otworzyła usta - Od tygodnia zachowujesz się, jakbym zrobiła ci coś złego, nie odzywasz się i dajesz do zrozumienia, że mam po prostu ci zniknąć sprzed oczu, a na koniec urządzasz awanturę, bo w końcu do kogoś miałam okazję otworzyć usta! - Hermiona za wszelką cenę próbowała powstrzymać łzy, które napływały jej do oczu, jednak widok blondyna, który zachowywał się jakby nie robiło to na nim większego wrażenia, był dla niej nie do zniesienia. Wiedziała, że poruszając tylko jeden temat jest w stanie mu zmyć ten ignorancki uśmiech z twarzy. - Wcześniej taki nie byłeś.
- Nie rozśmieszaj mnie - uśmiechnął się kpiąco, jakby widok jej łez dawał mu satysfakcję - Nie masz pojęcia, jaki jestem.
- Skończ tę szopkę - powiedziała, starając się, by głos jej nie zadrżał - Pretensje możesz mieć tylko do siebie. To ty mnie pocałowałeś, nie ja ciebie.

***


Wróciłam i mam nadzieję, że ten chwilowy przypływ weny nie odejdzie tak szybko, jak wszystkie poprzednie. Jeśli czytelniku drogi dotrwałeś aż do tego momentu, to proszę o chociaż malutki komentarz. Pochwała czy krytyka - wszystko przyjmuję na klatę i każdą radę biorę sobie do serca. :)

Wasza Nan.
PS. Przepraszam, jeśli ktoś, kto zna portugalski podczas czytania tego tekstu złapał się za głowę. Niestety nie mam czasu na zgłębianie gramatyki i całą robotę odwalił Google Translator. :)